Fot. Krainy

[WYWIAD] Koko Die: chciałem być paladynem, który ratuje ludzi z opresji

„Moje ideały pozmieniały się, gdy zauważyłem, jak bardzo złożony jest świat. W dzisiejszych czasach trudno byłoby żyć według rycerskiego kodeksu. Dlatego teraz bliżej mi do „dzikiego wojownika” – mówi nam Koko Die czyli Konrad Nikiel, znany również z Clock Machine oraz kidei.

FINE TUNE: „Imiona” to tytuł twojej debiutanckiej płyty, która pojawi się w najbliższych miesiącach. Jak przebiegała praca nad albumem?

Koko Die: To bardzo osobisty materiał, więc starałem się nie zapraszać do współpracy zbyt wielu osób. Trudno byłoby mi otworzyć się przed ludźmi, których nie do końca znam i zaakceptować ich interpretacje moich słów. Poza tym nie widziałem tam zbyt wiele przestrzeni dla innych. W tym małym gronie, z którym tworzyłem moją pierwszą płytę, znaleźli się m.in. natomiast runfforest – (z którym nagraliśmy wspólnie kawałek „Drugie imię”) oraz Marcin Pater (mój wspaniały producent).

Twoje imię -„Konrad” – ma pochodzenie germańskie, składa się ze słów „kuoni” (śmiały) i „rad” (rada). Czym dla ciebie jest śmiałość w tworzeniu muzyki?

Zaskoczyłaś mnie! Szczerze mówiąc, to zależy mi, żeby w swojej twórczości pozostać szczerym i nie brać udziału w tym całym „wyścigu szczurów”, czy pogoni za trendami. Chociaż przyznaję, że znam kilku świetnych artystów, których twórczość jest bardzo modna, a oni sami nie zatracili się w tej gonitwie. Ich klucz do sukcesu tkwi jednak w tym, że pozostają jednocześnie kreatorami własnej sztuki – a to nie udaje się każdemu.

A wiedziałeś o tym, że twoje imię było często nadawane rycerzom i książętom?

Słyszałem o tym.

I jako mały chłopiec chciałeś być np. rycerzem?

Bardzo! W dzieciństwie grałem w gry RPG i chciałem być praworządnym paladynem, który ratuje ludzi z opresji. Teraz bliżej mi jednak do „dzikiego wojownika”. Moje ideały się pozmieniały, gdy zauważyłem, że świat nie jest do końca taki prosty… W dzisiejszych czasach trudno byłoby żyć według rycerskiego kodeksu.

Miałeś swoją ulubioną baśń albo legendę?

Zawsze podobała mi się legenda „O królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu”. Koncepcja kolektywnej walki przeciwko tajemniczym mocom wydawała mi się bardzo atrakcyjna. Ogólnie byłem fanem historii, w których pojawiał się nadnaturalny aspekt i pewien magiczny pierwiastek. Sądzę, że to także skłoniło mnie do tego, by zająć się muzyką.

Jakiś czas temu pojawił się twój pierwszy singiel „Wino w krew”. To atrybuty, które od wieków były składane w ofierze bóstwom. Traktowałeś kiedyś muzyków jak bogów?

Chyba każdy przechodzi przez taką fazę. Na początku swojej muzycznej drogi bardzo inspirowali mnie m.in.: John Frusciante, Jimi Hendrix czy Thom Yorke. Dziś wolę uczyć się od ludzi ze swojego otoczenia. Wydaje mi się, że bardzo mocno wpływa na mnie to, co robią moi przyjaciele czy też artyści z innych dziedzin sztuki.

Z perspektywy bardziej doświadczonego muzyka – czy uważasz, że to dobrze, gdy początkujący artyści mają idoli, na których starają się wzorować?

Wszytko ma swój czas. Na początku swojej muzycznej drogi warto czerpać jak najwięcej od muzycznych legend. W życiu artysty, który chce tworzyć własną muzykę, przychodzi jednak taki moment, kiedy odrzucasz swoich idoli i zaczynasz szukać nowych ścieżek.

Jaki był twój pierwszy instrument?

To była gitara. Chociaż „mój” to chyba za dużo powiedziane… Uczyłem się grać jeszcze na tej, którą pożyczałem od kuzynki. Na swoją własną musiałem sam zarobić. Pamiętam wakacje, kiedy jako nastolatek pracowałem w myjni samochodowej. Dzięki temu gitara firmy Ibanez trafiła jesienią w moje ręce. Zresztą do dziś jest w moim rodzinnym domu. I nie mam zamiaru się jej pozbywać.

Twój drugi singiel nosi nazwę „Rejsy”, a pamiętasz swoją pierwszą wyprawę, która była z jakiegoś powodu dla ciebie ważna?

Jedną z takich pierwszych, z czasów dzieciństwa, była wycieczka na Dębowiec – to taka niewysoka góra w Beskidzie. Było już późne lato, na około dominowała „przypalona zieleń”. Pamiętam wspólne zbieranie jagód i to, że fajnie spędziłem ten dzień z rodzicami.

A ten najważniejszy rejs w dorosłym życiu udało ci się już zrealizować?

Z tymi podróżami w dorosłym życiu jest trochę skomplikowana sprawa… Nawet, kiedy myślimy, że udało nam się odbyć jakąś istotną drogę i osiągnęliśmy swój cel, to tuż za nim pojawia się kolejny. Zawsze jest nam mało. Ciągle chcemy więcej zobaczyć, więcej osiągnąć. Myślę, że życie żadnego człowieka nie może być kompletne – nikt nie spełnił się jeszcze w stu procentach . Z jednej strony to skłania nas do jakiegoś dystansu od tej codziennej gonitwy, a jednocześnie jest to w pewnym sensie tragiczne.

I o tym jest właśnie utwór „Rutyny”?

Ta piosenka opowiada o naszej codzienności i sytuacjach, które mogą istotnie wpłynąć na nasze życie. Czasami chwila, jakiś impuls może diametralnie w nas coś zmienić.

Masz jakieś swoje rutyny?

Kiedyś do nich mogłem zaliczyć wyjazdy na nasze koncerty, których nie mogę się już doczekać. Dziś to głównie słuchanie muzyki – jest to dla mnie jakiś środek dydaktyczny. Naukę, przemycaną za pomocą dźwięków, staram się wykorzystać na co dzień. Regularnie piszę też piosenki – ostatnio właściwie codziennie. Ale, ogólnie rzecz biorąc, moim życiem oraz decyzjami rządzi chaos. Do rutyny, póki co, jest mi więc dość daleko.

Rozmawiała: Małgorzata Sawa

Skomentuj to!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *