[RECENZJA] BINDER – „CZTERY”

12072801_1046685895349746_1018335133457378754_n

Jako miłośnik wszelkiego grania z zakresu southern, ogólnie pojętego stoner rocka/metal, a już na pewno sludge, nie mogłem darować przepuszczenia okazji do przesłuchania polskiej produkcji z zagłębia stonerowego. Wiedziony archetypem kultowego Kyuss, odpalam EPkę „Cztery” od bandu Binder. Zatem wskakujcie na tył mojego Camaro, bo jedziemy do do południowo-zachodnich stanów USA. 

Wraz z krótkograjem dostałem kartkę formatu A4, na której zespół przekazał coś na kształtu swojego manifestu muzycznego. Trochę o inspiracjach, o tym, że jury woli robić felattio muzyce popularnej, niż docenić smaczek. Przeleciałem to tak szybko, jak F-38 syryjską lepiankę pełną brodaczy z ISIS. Wiem swoje – przecież będę recenzował płytę będącą mieszanką stoner rocka, progresywy i lekkich elementów southern rocka vel redneck rocka. Materiał jest totalnie w moich klimatach – wyraźnie zarysowany bas, zwiewna perkusja, pięknie fuzzowana gitara, która nie stroni od efektów przestrzennych i przepyszny głos wokalistki. Odcina się on od tego co znam i co przyjęło się za coś naturalnego w tychże gatunkach, ale w końcu to lekka progresywa – wszystkie chwyty dozwolone.

Właściwie powinienem wybrać najlepsze kąski z płyty, ale wszystkie zasługują na zdanie bądź dwa. Dzieje się tak z dwóch powodów – jest to EPka czyli cztery utwory; po drugie – grzechem byłoby pominięcie któregoś z nich.  „Strach Przed Lataniem” ma bardzo cudowne wejście z pogranicza country rocka, coś co z nam z legendarnej Alice in Chains. Dalsze minuty to żywa manifestacja rocka lat 70, gdzie niebieskie słonie pogrywały na kosmicznych instrumentach na tle wybuchu supernowy… Buja moją głową, posiada zadziorny pazur i idealnie spełnia rolę przystawki/aperitifu zachęcającego do dalszej eksploracji. Przy „Dobry Dzień” wszystko zwalnia, nabiera ram psychodelicznego spaceru po dźwiękach. Łagodny głos wokalistki prowadzi nas na przód przez opary opium. Dopiero wraz z rozchodzeniem się narkotyku jakim jest muzyka, całość przyśpiesza wystrzeliwując nas na trasę. Znów pędzimy naszym choperem przez pustą międzystanówkę. Zdecydowanym faworytem materiału jest „Sen” – pełen warczenia i grubego ziarna przesteru, któremu towarzyszy mruczenie basu i zaczepki perkusji. Do słodkiego bólu stonerowe, tak bardzo kochane dla moich uszu. I wreszcie ostatni akt podróży w postaci „Aspi”który doprowadza nas do sedna sprawy znajdującego się w Palm Desert w stanie Kalifornia. Dołączamy do tłumu falującego w rytm dźwięków spalonego słońcem rocka południowych krain. I niech to się nigdy nie kończy.

Sumując moje odczucia, tak na szybko, jak szybko odpala się silnik motocyklu (podpowiadam – z kopa!). Jestem pozytywnie umotywowany na nadchodzące dni, spokojny o przyszłość formacji Binder. Na pewno trafią na niszę w której znajdą swoich słuchaczy. Stoner nie jest obecnie trendy/dżezi etc. co sprawia, że nie wysłucha tego przeciętny Janusz lub Mariusz w swoim passerati podczas podróży do pracy lub nie zagości w MTV gdzie M oznaczało kiedyś Music (szok, prawda?). Ja jednak umieszczam album na półeczce z resztą mojej kolekcji, a nakręcony smakiem jaki zaserował mi zespół, zakładam moją jeansową kurteczkę od Levi’sa i odpalam więcej stoner rocka. Będzie Kyuss.

Ocena: 7/10

 Kamil Karpiuk

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress