[RECENZJA] BUBBLE CHAMBER – „SOUND A”

 

sound-a-b-iext36430738

Debiutancki album Bubble Chamber pt. „Sound A” posiada w sobie niewątpliwie coś magnetycznego. Słuchacza mają do czynienia bowiem z atrakcyjną mieszanką dubstepu i elektroniki zespolonych w psychodeliczną całość. Co istotne – nie jest to muzyka mogąca być banalnie określoną jako „taneczna”: wielogatunkowość nurza się w mocno tu zarysowanym rytmie.

Jedenaście utworów skomponowanych przez Michała Miegonia (znanego m.in. z Kiev Office), Jacka Prościńskiego oraz Michała Góreckiego gwarantuje słuchaczowi doskonałą zabawę, jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało… I choć nie przepadam za szeroko pojętą muzyką dancingową, to debiutancka propozycja Bubble Chamber nie do końca klasyfikuje się też jako ścieżka dźwiękowa dla klasycznych dyskotek. Nie wynika to wcale z osobistego malkontenctwa – mamy tu bowiem do czynienia z eksperymentem, którym należy się rozkoszować we własnych czterech ścianach. Wówczas wychwycimy najdrobniejsze smaczki, przygotowane z pieczołowitością na potrzeby tego surrealistycznego zjazdu, a jakie to zaginęłyby w klubowym hałasie.

Najmocniejszym punktem tracklisty jest zdecydowanie „Come Close”, gdzie gościnnie udziela się Natalia Lubrano. Przywołujący skojarzenia z Massive Attack utwór jest melodyjny, warto jednak dodać, iż nie jest jednak to muzyka przyswajalna od razu. Potrzeba czasu, aby dostrzec ambicje kompozytorskie grupy wespół z przekazem filmowym. Nawet teledysk do tego utworu jest na tyle jaskrawy, że mało która z telewizyjnych stacji komercyjnych odważyłaby się odtwarzać go w ciągu dnia. Uwagę przykuwają też przyjemne dla ucha klawisze i wokal, a – co istotne – tylko dwie kompozycje z płyty na wokalu się opierają. Pozostałe dziewięć to czysta improwizacja, eksperyment dźwiękowy, i to właśnie w nich muzycy z Bubble Chamber dają popis swej wirtuozerii!

Pięćdziesiąt minut upływa w nierzadko sprzecznych odczuciach odnośnie do debiutanckiego albumu trójmiejskiego trio.

Najmniej udanym utworem z albumu zdecydowanie jest „That Happens”. Niby jest w nim to wszystko, co na „Sound A” urzeka – psychodelia, zabawa dźwiękami, syntezatory i pokręcone loopy. Cóż jednak z tego, skoro nazbyt daleko sięgająca fantazja kompozytorska w tym przypadku przekracza granicę dobrego smaku? Z przykrością muszę uznać tę pozycję na krążku za nieco irytujący wypełniacz.

Ogólnie, tło, na jakie składają się kolejne utwory mogłoby stanowić doskonały obrazek dla ambitnej gry komputerowej czy też czarno-białego kina artystycznego. Podstawę stanowi tu bowiem rytm: połamany i zawiły – co ilustruje zwłaszcza kawałek „Thin Line – Between Lo-Fi And Hi-Tech”. Sam tytuł albumu – „Sound A” – może odwoływać się do fundamentu, jakim jest dźwięk podstawowy, czyli ścieżka rytmiczna. Bez niej, a dokładniej – bez eksperymentowania z taktem – nic nie byłoby tu takie same. W kompozycjach: począwszy od „Piano Song” po „Babar” wysunięte na pierwszy plan są basy i perkusja. Można powiedzieć, że muzycy z Bubble Chamber przedstawiają słuchaczom oraz innym kompozytorom, co niezwykłego można uczynić z rytmem – jak go stosować, aby stanowił intrygującą strukturę muzyczną, a nie był zaledwie drugoplanowym bohaterem dla instrumentalnych popisów.

Pięćdziesiąt minut upływa w nierzadko sprzecznych odczuciach odnośnie do debiutanckiego albumu trójmiejskiego trio. W moim przypadku zwyciężyła jednak fascynacja, autentyczne zainteresowanie gatunkiem, do którego dotychczas podchodziłem z dystansem. „Sound A” to dobrze prosperujący, nietuzinkowy, elektroniczny pejzaż z górnej półki, przy którym panowie z grupy, co słychać, napracowali się porządnie. Uważam, że zarówno fani tanecznych gatunków muzycznych, ale też neofici, kompletnie wyobcowani w świecie clubbingowych brzmień tak jak ja zaryzykują i doświadczą czegoś nietuzinkowego, a co Bubble Chamber proponują właśnie na swoim debiutanckim albumie.

Ocena 6,5/10
Kamil Chachuła

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress