[RECENZJA] Cartanaporu
– „Little Wars”

a1045507284_10

Chociaż debiutancki album lubelskiej formacji Cartanaporu, „Little Wars”, nagrany został przeszło dwa lata temu, to światło dzienne ujrzał dopiero teraz.

Mamy tu sześć autorskich kompozycji, przekładających się na czterdzieści minut muzyki, w której przeplatają się wpływy post-rockowe oraz indie, a miejscami słychać i punkowe zacięcie. Materiałowi na „Little Wars” różnorodności i fantazji odmówić nie sposób, chociaż i bez pewnych wpadek się nie obyło.

To połączenie post-rockowej pomysłowości oraz delikatności z post-punkową żywiołowością, jest cechą charakterystyczną „Little Wars”.

Tym, co zasługuje na ogomny plus, jest mnogość pomysłów zawartych na albumie. Pomimo tego, że zaledwie jeden utwór nie przekracza sześciu minut, nic tutaj się nie dłuży i nie „rozłazi” co, jak na debiut, jest pozytywnem zaskoczeniem. Mało tego, to właśnie najdłuższa kompozycja, czyli „Days of Daze” jest moim zdaniem najbardziej udana, zaraz obok instrumentalnego „Cartanaporu”. Zespół płynnie przechodzi od energetycznego, prostego i szybkiego grania z wykrzyczanymi wokalami, do spokojniejszych i pełnych przestrzeni klimatów, często doprawionych klawiszami („Neverending”, „I Can Fly”). „Glukupikros” to już pełen synkretyzm, na przemian nastrojowo, z wyciszonym wokalem, to zaraz szybciej i z rytmicznymi połamańcami oraz chwytliwym zaśpiewem a nawet „rapowanką”. To połączenie post-rockowej pomysłowości oraz delikatności z post-punkową żywiołowością, jest cechą charakterystyczną „Little Wars”. Najbardziej klasycznie brzmi tutaj najkrótszy, otwierający płytę „Firebirds”. Prowadzony głównie przez głęboki wokal i sekcję rytmiczną, dopiero pod koniec częstuje nas rozmytą, post-rockową gitarą.

Pomimo tego, że „Little Wars” jest zaskakująco równym albumem, to jak już wcześniej zaznaczyłem, są dwie kompozycje, które nieco się wybijają. Pierwsza z nich, „Cartanaporu”, może być znana wszystkim tym, którzy słyszeli płytkę pierwszej edycji Nowej Lubelskiej Muzyki. Pomimo tego, że jest to jedyny utwór instrumentalny na „Little Wars”, to ciężko byłoby o lepszą wizytówkę dla zespołu. Początkowo łagodny i odprężający, narasta, budując pod koniec prawdziwą ścianę dźwięku, z punkowo rzężącą gitarą z jednej strony i space rockowymi klawiszami, którch nie powstydziłby się Hawkwind, z drugiej. Natomiast zamykający album „Days of Daze”, jest doskonałym podsumowaniem materiału na „Little Wars”. Rozbudowany, z licznymi zmianami tempa oraz odrobiną melancholii, idealnie podkreślaną przez oszczędne klawisze i świetnie wpasowane w kompozycję partie skrzypiec. Dziewięć minut potrafi się w muzyce dłużyć niemiłosiernie, ale „Days of Daze” jest na tyle róznorodne, że absolutnie nie czuć, że jest to najdłuższy utwór na płycie. Zgrabna robota.

Czy po „Little Wars” warto sięgnąć? Moim zdaniem – jak najbardziej. Pomysłów tu od groma, a i paleta nastrojów odpowiednio szeroka.

Cóż, do tej pory słodziłem, teraz przychodzi czas na ziarnko goryczy. Największe zgrzyty na „Little Wars”, to wokale. Sprawa jest o tyle dziwna, że dopóki wokalista trzyma się spokojnego, niskiego śpiewu, to jest elegancko, klimatycznie i naprawdę nie ma się czego przyczepić. One nie tylko dobrze brzmią, ale też po prostu pasują do muzyki. Tym bardziej nie rozumiem „wrzeszczanych” fragmentów, gdzie wokalista trochę się męczy – jak dla mnie są zbędne. Zdaję sobie sprawę, że wychodzi tutaj punkowe oblicze zespołu, ale miejscami psuje to klimat, tym bardziej, że kompozycje te obroniłyby się bez problemu samą muzyką.

Czy po „Little Wars” warto sięgnąć? Moim zdaniem – jak najbardziej. Pomysłów tu od groma, a i paleta nastrojów odpowiednio szeroka. Słuchałem ostatnio „Little Wars” praktycznie dzień w dzień i nudy nie odnotowałem, a nawet więcej, mam ochotę do tej płyty wracać. Bez dwóch zdań, to dobrze, że ten debiut ujrzał w końcu światło dnia.

7/10
Mikołaj Kobielski

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress