[RECENZJA] DAS MOON – „Dead”

Dokładnie 40 minut – tyle spędzimy w magicznej krainie rodem z dziecięcych koszmarów sennych. W podróż zaprasza trio, które niejeden taki mroczny świat zwiedziło i odtworzyło w formie muzycznej.

Cztery miesiące temu w eksluzywnym wywiadzie dla naszego portalu, Grzesiek „Hiro” Szyma powiedział mi, że album „Dead” będzie dla Das Moon zamknięciem trylogii po „Electrocution” i „Weekend In Paradise”. Nie obiecywał rewolucji pod względem formy – i w zasadzie, to tej obietnicy dotrzymał. I tak – mamy płyta oparta jest w głównej mierze na charakterystycznej dla składu wyraźnej perkusji, osadzona w głębokim i ciepłym basie ulubionych zabawek Musiola, zawiera sporo sampli pociachanych z subtelnością tępej siekiery oraz kilka bardziej tanecznych wstawek. Nowinką jest jedynie prawie całkowite porzucenie gitary. A jednak słuchając albumu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że artyści mają wielką ochotę zdecydowanie bardziej wyjść poza utarte przez siebie szlaki, czego dowodem są trzy ostatnie utwory na płycie.

Już słuchając wersji press w masakrycznej jakości 192 kb/s wiem, że „Dead” cudownie zabrzmi na winylu

Rozpoczynający album tytułowy kawałek „Dead” niczym specjalnym w twórczości zespołu się nie wyróżnia. Ot, jest to po prostu niezły koncertowy otwieracz. Dalej mamy „The Kill”, który pełni funkcję podobną do „Meat” na poprzednim krążku – czyli podkręca nieco tempo oraz wprowadza słuchacza w elektroindustrialny klimat charakterystyczny dla DM. Powiedzmy sobie jednak szczerze – oba nie rzucają na kolana. Trzeci utwór to „Owl”, który rozpoczyna bardziej taneczną sekcję albumu. Kawałek świetnie sprawdza się na koncertach, ma bujający rytm i brzmienie, które docenią wszyscy fani moogowego basu i 8-bitowych synthów. To piosenka świetnie wpisująca się w renesans zainteresowania dark electro, w trzeciej części łącząc retrostylistykę z nieco bardziej nowoczesnym beatem tylko po to, by znów zaskoczyć prawie chiptune’owym klawiszem pod koniec. W zasadzie podobne słowa można przypisać również do kolejnego utworu – „City Will”, który urzeka świetnie nakręcającą się partią klawiszową poprzenikaną znakomicie zmiksowanymi robotycznymi samplami. Już teraz – słuchając wersji press (w masakrycznej jakości 192 kb/s) wiem, że „Dead” cudownie zabrzmi na winylu – i wielka w tym zasługa Paula Gavlica, producenta krążka. Sekcję stricte taneczną albumu zamyka „Time” – najgorszy z całej trójki, bo i nieszczęśliwie potęgujący wrażenie, że DM leci „na jedno kopyto”.

Z odsieczą przychodzi jednak kolejny kawałek „Rain”, zapożyczający klimat jakby z soundtracku do „Drive”. Dopiero w tym utworze wokalistka Daisy wysuwa się na pierwszy plan i pokazuje, że potrafi świetnie wypełnić muzykę swoim słodko-punkowym głosem. Zachwyca również brzmienie synthów, podkręcająca klawisze gitara i doskonale wyprodukowana perkusja. Dalej niespełna 3-minutowy „Gone”, który jest zwyczajnie poprawny – niczym się nie wyróżnia, a wręcz potrafi zirytować swoją powtarzalnością. No ale – tu dochodzimy do momentu, kiedy DM zaczyna swobodniej eksperymentować. I to na szczęście, z dobrym skutkiem. W „Gold” klawiszowe arpeggio pojawia się i znika, perkusja atakuje i potem wycofuje się, wokale są delikatne a za chwilę nieco odważniejsze. Słowem: rewelacja. Zabawa rytmem i brzmienie reverbu na wokalu przywołuje mi na myśl inny projekt ze stajni Requiem Records – mianowicie mistrzowski duet God’s Bow. I moim skromnym zdaniem DM zdecydowanie powinno odchodzić od prostych melodyjek właśnie na rzecz takich cudeniek.

Moim skromnym zdaniem DM zdecydowanie powinno odchodzić od prostych melodyjek właśnie na rzecz takich cudeniek.

Nie ma chwili oddechu, bo zaraz – dosłownie – atakuje agresywnie elektroniczny i pędzący „Locust” – brzmiący jak z najlepszych imprez dark electro z lat 80-tych. Jednocześnie jego refren znakomicie nawiązuje do początków kariery DM. W trzeciej jego części znajdzie się nawet chwila na romans z EDM-em oraz saksofonową partię w wykonaniu Tomka Świtalskiego (z Brygady Kryzys), która przywołuje na myśl pamiętną solówkę wykonywaną przez głównego bohatera filmu „Zagubiona Autostrada”. Na tym odwołania do twórczości Davida Lyncha na szczęście się nie kończą. Ostatni utwór „Forest” jest jak cudowny zwiastun nadchodzącego rebootu serialu „Twin Peaks”. Słyszymy w nim przekaz ze szpulowego magnetofonu (jako żywo przypominającym radosną twórczość Laury Palmer), beat żyjacy własnym życiem pomimo klawiszy wchodzących na wysokim attacku i industrialnych wstawek jak z Reasona. A pod koniec wraca saksofon Tomka Świtalskiego i dosłownie wyrywa nas z butów, zabierając prosto do Czarnej Loży w lesie Twin Peaks. To zdecydowanie utwór zwiastujący nową jakość w twórczości DM, której ja już nie mogę się doczekać.

Słuchając „Dead” – chcę natychmiast ruszyć na koncert, bo wiem że ten materiał należycie ożyje i porwie tłumy.

I o to całe „Dead”. Zwieńczenie trylogii, efekt pewnej stagnacji w zespole i jednocześnie duży krok do przodu. To album o bardzo przemyślanej konstrukcji, co – paradoksalnie – odbieram jako wadę. Ale może tylko dlatego, że jestem miłośnikiem albumów koncepcyjnych, gdzie tracki przenikają się płynnie i tworzą całość. Tutaj mam wrażenie, że zespół skalkulował sobie tracklistę na zasadzie: „dwa spokojniejsze, potem kilka tanecznych, itd.”. Oprócz trzech ostatnich utworów, brakuje wyraźnej zabawy formą. DM woli trzymać się sztywnych i wyznaczonych przez siebie ram – co potwierdza nawet podobna rytmika utworów i długość ich trwania. Jest jeszcze jedna sprawa. Otóż postrzegam DM jako zespół WYBITNIE koncertowy. Taki, gdzie Daisy uwodzi ruchami i bawi się wokalem, Grzesiek robi show ze swoimi blachami, świecącymi pałeczkami oraz epatuje DJ-skim entuzjazmem, zaś Musiol bawi się niuansami brzmienia całego arsenału swoich muzycznych zabawek. No i jest jeszcze udział absolutnie znakomitych wizualiów. Sama płyta jest więc tylko elementem zajebistości tego składu. Słuchając „Dead” – chcę zatem natychmiast ruszyć na koncert, bo wiem że ten materiał należycie ożyje i porwie tłumy. Ale czy mam ochotę kolejny raz klilknąć repeat w odtwarzaczu?

7+/10
Kuba Styczyński

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress