[RECENZJA] GOD’S BOW – „TRANQUILIZER”

okl_okl_47718

NOWA PŁYTA ZESPOŁU GOD’S BOW TO ARCYDZIEŁO Z GATUNKU ELEKTRONICZNEJ ALTERNATYWY. JAKOŚCIĄ WYKONANIA TECHNICZNEGO I KOMPOZYCJĄ BĘDZIE ZACHWYCAĆ NAWET ZA DEKADĘ.

„Tranquilizer” wyróżnia się spośród dyskografii God’s Bow. Inny sposób mixu i masteringu oraz zmieniona głębia dźwięku sprawia, że nowe wydawnictwo brzmi świeżo i może zaskoczyć fanów rewelacyjnego duetu. Wciąż mamy do czynienia z bardzo szerokim reverbem na wokalu, ale jest on znacznie bardziej „szczelny” i brzmi poważniej.

Jakże kocham trafiać na zespoły, z którymi momentalnie czuję nić porozumienia. Zaglądam wtedy w inspiracje takich artystów i spotykam takie kapele, od których natychmiast uśmiecha mi się buzia. Oczywiście post-modernizm muzyczny jest dobry tylko pod warunkiem, że dodaje się do kompozycji coś własnego, świeżego i stanowiącego o unikalności danego wydawnictwa. GB robi to dokładnie tak, jak należy. Album „Tranqulizer” nie śpieszy się, otwiera go bardzo klimatyczne i długie intro „Aladiah”. Potem czeka nas już prawdziwa orgia programowania elektroniki przez Krzysztofa Pieczarkę na poziomie porównywalnym z legendarnym w niszy dark wave zespołem Collide.

Zespół konsekwentnie działa od 1997 roku (podobnie jak wspomniane wyżej Collide) i dojrzałość kompozycyjną słychać w każdej sekundzie i piosence. Mnogość wykorzystania przeróżnych instrumentów, synthów, brumów, szumów i ambientów aż zapiera dech w piersiach. Przy czym nie jestem pewien, czy GB ma na pewno potencjał koncertowy. To raczej muzyka, którą należy odpalić przy wątłym świetle, na dobrej jakości sprzęcie i tripować przy niej tak, żeby na końcu osiągnąć upragnione w albumach koncepcyjnych katharsis.

Nie lubię wybierać najlepszych piosenek w przypadku tak dobrze skonstruowanych albumów, natomiast definitywnie rozbraja mnie kawałek, który jest jednocześnie nazwą płyty. Pachnie on Reznorem i Nine Inch Nails, ale z tych najlepszych czasów, kiedy Trent robił takie eksperymentalne perełki jak przypominający mi się przy tej okazji „Aftermath” z soundtracku do klasycznej gry „Quake”. Cudowny jest też „One Day”, w nieco w stylu nowego Gary’ego Numana, oczywiście z miękkością uzyskaną dzięki intrygującemu i bezbłędnemu wokalowi Agnieszki Kornet. Przejścia klimatyczne, programowanie i dobór instrumentów w tym kawałku zniewala zmysły.

To płyta dla audiofili. Należy jej słuchać tylko na CD, a najlepiej na równie pięknie wydanym winylu z wytwórni Requiem Records. Absolutna perełka w mojej kolekcji płyt. Ocena absolutnie obiektywna i nie potrafię zaakceptować, że ktoś może dać inną.

Ocena: 10/10
Kuba Styczyński

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress