[RECENZJA] Hellvoid –
„Eyes Of The Lucifer” EP

Znacie ten żart? Basista – już nie techniczny, jeszcze nie muzyk. Dzisiejsza formacja za hasło obrała sobie zemstę basistów za lata dowcipów i docinek. Z dobrym skutkiem!

Znacie ten żart? Basista – już nie techniczny, jeszcze nie muzyk. Dzisiejsza formacja za hasło obrała sobie zemstę basistów za lata dowcipów i docinek. Z dobrym skutkiem!

Album „Eyes Of The Lucifer” to krótkograj formacji Hellvoid. Mam nielichy problem, aby wskazać Wam inspiracje i smaczki jakimi raczy się kapela. Elementy szeroko pojmowanego progressive metalu, szczególnie z rodziny messhugowatych oraz wszelkich nowoczesnych kapel metalowych, coś z lekkiego pogranicza math metalu czy (O zgrozo! Hellvoid – upraszam o wybaczenie) djent. Czuję też w tym naleciałości stonera oraz jakiegoś sludge’u. Przede wszystkim, Hellvoid to jednak swoista vendetta basistów. Wspomniane nowoczesno-metalowe kapele stroją się coraz niżej, gitary ośmiostrunowe to norma. Niski strój, długa skala i uzyskujemy nieco przymulone, ale soczyste brzmienie. Przepuszczając przez kilometry efektów, bramek szumu, equalizerów oraz obrabiając cyfrowo, dostajemy sterylne brzmienie. Złośliwi mówią, że w takich kapelach nie potrzeba basistów. Tutaj nastąpiła kontrofensywa. Nie uświadczymy gitarzysty, za to są dwaj basiści. Srogo, co nie?

Zaczyna się niecodziennie, z lekka funkowo, ale tak jakby w piekle trwał jam session (Earth&Cosmosis). Niewprawione ucho może pominąć fakt, iż brakuje tutaj gitary. Jak mówiłem: efekty oraz mastering robią cuda. Dodajmy do tego dość cienkie struny na basie, wysokie umiejętności, a z powodzeniem zastąpimy nowoczesne gitary. Wirtuozi ośmio- i dziewięciostrunowych bestii poczuli się teraz zagrożeni. Nastąpił kres ich dominacji, samoocena budowana przez lata klękła (Doomsday). Nie mogę pozbyć się wrażenia, że cały materiał nagrywany był z pewną dozą humoru, muzycy niemal śmieją się i uprawiają jakiś rodzaj satyry. Zapętlam Voidborn, który z początku nadaje się jako numer puszczany w dusznych barach południowej Kalifornii czy Nevady (wiecie, królestwo i kolebka stoner rocka).  Hellvoid bawią się stylem, tasują karty inspiracji z wprawą doświadczonego krupiera. To wyskoczy doom metal, tutaj pojawi się coś z progressive z dodatkiem wspomnianego djentu na wierzchu karty. Pojawia się ukochany stoner, zaraz powieje mi.. Sunn O))). Totalny odjazd!

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że cały materiał nagrywany był z pewną dozą humoru, muzycy niemal śmieją się i uprawiają jakiś rodzaj satyry.

Porozmawiajmy chwilę o naszym panie i zbawcy.. pardon, nie ten tekst. Pomówmy o wokalu. Z niejasnych przyczyn, słyszę tam Lipę, ojca polskiego ciężkiego grania. Ten wygar i moc w głosie, niosący chropowatą żyletę zdolną ścinać Rysy. Mogę tylko pogratulować wokalowi umiejętności, również tych aktorskich, bo całkiem ciekawie wychodzi mu udawanie Lipy. Ja się dałem zwieść, nie wiem jak wy.

Kończąc chcę pochwalić band za bardzo ciekawy materiał. Jako człowiek o wysublimowanym guście muzycznym, szukający niuansów czytaj jestem wybrednym człowiekiem. Mogę, bo osłuchałem się wielu krążków. Jestem na tyle wybredny, by wcisnąć tą EP-kę moim kolegom lubującym się w ciężkości z hasłem „Przesłuchaj, bo to ciekawy materiał”. Panowie, możecie wystąpić jako support przed Sunn O)))! Uginając szyję w rytmie linii melodycznej, wystawiam (więcej nie mogę, bo takie mamy zasady dla epek):

7/10
Kamil Karpiuk

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress