[RECENZJA] Lilly Hates Roses – „Something to happen”

Recenzja płyty „Something to happen” zespołu Lilly Hates Roses.

123

KONCEPCJA AMERYKAŃSKIEGO FOLKU UKAZANA W SPOSÓB INTYMNIE AKUSTYCZNY PRZEZ POLSKI DUET LILLY HATES ROSES. RECENZUJEMY ICH PŁYTĘ „SOMETHING TO HAPPEN”.

Debiutancki album Katarzyny Golomskiej i Kamila Durskiego brzmi autentycznie i czuć w nim dziecięcą spontaniczność. Utwory wywołują gamę emocji, chwytają – i nie puszczą, dopóki nie wysłuchacie całej „bajki”.  Genialnie dopełniona forma składanki, znajdzie rzesze fanów – zwłaszcza tych, którzy kochają indie – folkowy duet z Sydney – Angusa i Julię Stone (niewątpliwie mistrzów gatunku). Muzyka znajdująca się na krążku bazuje na dwóch barwach głosu: delikatnym i melodycznym oraz ciepłym i niskim – co w połączeniu z kunsztem gitarowych strun, wprawia zmysł słuchu w prawdziwie epicką podróż dźwiękową.

Płytę otwiera kawałek  „All I Ever” – zdecydowanie magiczny i delikatny. Otulające brzmienie kreuje kojący charakter całej  kompozycji.  Emanuje prostotą i minimalizmem, przez co zostaje gdzieś w głębi. Notabene, minimalistyczny styl słychać tu w wielu utworach.

Lilly Hates Roses choć są  duetem „kochającym się” w balladowych klimatach gitarowych – potrafią wzbogacić swoje kompozycje generując różnego rodzaju efekty dźwiękowe.

Lilly Hates Roses choć są  duetem „kochającym się” w balladowych klimatach gitarowych – potrafią wzbogacić swoje kompozycje generując różnego rodzaju efekty dźwiękowe. Wykorzystują dźwięki perkusji, przebłyski syntezatorów, smyczków oraz dzwonków. „Kto jeśli nie my” wraz z „Youth”, stanowią mocniejszy fundament albumu. Wpłynęło na to zapewne dołączenie perkusyjnych talerzy. Co prawda, wdzierają się one niepozornie i ukradkiem, jednak napędzają energetycznie całą bazę utworów. W „Głosach za kwiatów” usłyszycie natomiast  subtelne dzwonki, przenoszące nas w krainę owych… kwiatów (stwierdziłabym nawet, iż są one impresjonistycznie pastelowe).

Kto wie, może za chwilę wpadniemy niczym Panna Alicja do wykreowanej przez nas baśniowej krainy… Hmmm… A może już w niej jesteśmy? Błąkając się jak „Lost Kids”? Utwór ten jest zdecydowanie moim faworytem. Usłyszymy w nim syntetyczne połączenie gitary, harmonijki i dzwonków. Melodia świetnie skomponowana z całością albumu –  daje w efekcie „zacny” smaczek. Sami skosztujcie:

Choć gitara kojarzyć się może z dość oszczędną aranżacją – na  tym krążku oferuje sporo urzekających emocji. Mimo prostoty i szczerości, nie ma tu gloryfikowania i pustych słów. „Something to happen” to album, z którym naprawdę warto się zaprzyjaźnić. Obiecuję, że jeśli mega się zasłuchacie, odnajdziecie źródło inspiracji  i nie zaznacie rozczarowania. Duet ten jest na starcie swojej muzycznej przygody, warto więc trzymać kciuki za ich odcinający się od „popowego” trendu potencjał. Urzekają muzycznie dzięki bazowaniu na amerykańskim folku i specyficznej stylistyce.

Wracacie do domu, rzucacie plecak, torbę, książki, zakupy – wciskacie play i odpływacie. Serio, zróbcie tak. Warto.

7/10
SzMiGi (Sandra Szmigiel)

O autorze:

Sandra Szmigiel
Sandra Szmigiel
Nie ma jednego wyraźnego koloru. Jest "cudzoziemką w raju kobiet". Obserwuje, słucha, komentuje. Czasem śpiewa, czasem gra i ciągle szuka. Wybredna. Zakochana w Panu Burtonie i mrocznych bajkach.