[RECENZJA] Łysa Góra
– „Siadaj, nie gadaj”

Zapewne każdy z was kojarzy płytę „Równonoc” od Donatana oraz to, jakim sukcesem skończyło się połączenie słowiańskiego folkloru z hip-hopem. Dziś zapraszamy Was na folk metal, czerpiący wiadrem z polskiego folkloru.

Zapewne każdy z was kojarzy płytę „Równonoc” od Donatana oraz to, jakim sukcesem skończyło się połączenie słowiańskiego folkloru z hip-hopem. Dziś zapraszamy Was na folk metal, czerpiący wiadrem z polskiego folkloru.

Przez chwilę usiądźmy i porozmawiajmy o metalu, możemy? Większości przeciętnych zjadaczy chleba ta gałąź muzyki staje w gardle. Darcie ryja, głośne rzępolenie, wytrzepywanie wszy z włosów. I pytanie: „Dlaczego ten gitarzysta leży na scenie i się miota? Ma atak padaczki czy opętał go diabeł?” Istnieje jednak power metal. Przyswajalny, epicki w całokształcie, melodycznie mistrzowski na poziomie muzycznym, głowa sama chodzi, teksty są lekkie i poetyckie. Power metal, power zbroja! Istnieje także folk metal – kolejny podgatunek, który rozsiada się wygodnie w gustach przeciętnego Mariusza. Łysa Góra, jako bohater dzisiejszego wpisu, to folk metal. Do bólu polski, całymi wiadrami czerpiąc z bogactwa naszej słowiańskiej kultury.

6 maja 2017 r., zespół świętuje wydanie najnowszej płyty o przaśnym tytule „Siadaj, nie gadaj„. Ja Łysą Górę znam z warszawskich półfinałów Emergenza Festival. To tam, wykonali kawał niesamowitej roboty, rozgrzewając klub folkowym brzmieniem. Jaki jest ich płytowy materiał? Zaskakująco lekki. Uwierzcie mi, nie jestem wielbicielem tej gałęzi metalu. Wręcz wzdrygam się na niestrawny dla mnie folk rodem ze Skandynawii. Skoczne rytmy, spektrum przedziwnych instrumentów, łącznie z denerwującą mnie fletnią Pana – płacz, zgrzytanie zębów. Łysa Góra idzie w piękną prostotę – oprócz tradycyjnego instrumentarium, na scenie panują skrzypce oraz podwójny, kobiecy wokal, przemawiający cudną dla uszu gwarą. Linia melodyczna nie ma w sobie niczego, do czego mógłbym (gdybym jakoś chciał, a nie chcę) się przyczepić. Skoczne, czasami roztapiające moje zmysły dźwięki („Rypnij Kalinke”), sprawiają, iż moje ciało chce zatopić się w dzikim tańcu daleko na wschodzie Polski. Wybaczcie mi, ale nie umiem rozgraniczyć tego albumu na poszczególne numery, rozwodzić się nad nimi, gdyż postrzegam go jako spójną całość, którą chłonie się tylko w taki sposób. Oczywiście, mam swoich faworytów. „Nie teraz mamo” to wspaniała, frywolna opowieść o młodości. Gdy grają „Dali czarni” uwielbiam łączyć to z sagą wiedźmińską, galopując na koniu pośród krain Północy. Bywa, że czasami muszę okładać kogoś „Cepem po ryju”, bo nie zawsze da się żyć z ludźmi w pokoju. Cudowna, słowiańska podróż.

,,Skoczne rytmy, spektrum przedziwnych instrumentów, łącznie z denerwującą mnie fletnią Pana – płacz, zgrzytanie zębów. Łysa Góra idzie w piękną prostotę – oprócz tradycyjnego instrumentarium, na scenie panują skrzypce oraz podwójny, kobiecy wokal, przemawiający cudną dla uszu gwarą”.

Wszystko to, jak już wspominałem, jest utrzymane w duchu polskim, na wskroś słowiańskim. Cudowne skrzypce, gwara śpiewana na dwa głosy (wybaczcie mi, ale w moich rodzinnych stronach również takowa istnieje, nie jest jednak tak charakterystyczna). Ponadto, jest to wciąż ciężkie granie, toteż standardowe instrumentarium spełnia swoje zdanie. Soczyste partie gitarowe, bardzo wyraźna linia basowa (co wbrew pozorom, w mojej skromnej opinii, jest bardzo ważne), której akompaniuje koleżanka z sekcji rytmicznej – perkusja.  Czym zatem jest dla mnie krążek Siadaj, nie gadaj? Na pewno miłym zaskoczeniem, przyswajalnym całokształtem. Niesamowita energia, porywająca do tańca, ujmujący za mą wschodnią duszę folklor i chyba to, że muszę wymazać mój dotychczasowy pogląd na folk metal. Z mojej strony nie mogę wystawić innej oceny niż sowite oraz w pełni zasłużone:

9/10
Kamil Karpiuk

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress