[RECENZJA] Peter J. Birch – „The Shore Up In The Sky”

a0604283452_10

TRZECI KRĄŻEK PETERA J. BIRCHA – „THE SHORE UP IN THE SKY” – JEST ZGRABNĄ MIESZANKĄ STYLÓW, PRZEZ CO TRUDNO OKREŚLIĆ KIERUNEK, KTÓRYM ARTYSTA PODĄŻA. TO JEDNAK ZALETA SKŁANIAJĄCA DO KOLEJNYCH WYPRAW DO JEGO MUZYCZNEGO ŚWIATA.

Każda kompozycja kryje w sobie jakiś smaczek. Album jest istną paletą doznań dźwiękowych i określenie gatunku, w stronę którego najbardziej skłania się autor, jest bardzo ryzykowne. Ale gdybym musiał, powiedziałbym, że Peter J. Birch stoi gdzieś pomiędzy Bobem Dylanem a Bonem Iverem.

Z nostalgii budzi słuchaczy drapieżne „Wake Up Louisiana!” –  to mój drugi ulubiony kawałek na albumie. Nie jest to może najbrudniejsze, garażowe granie, jakie słyszałem w życiu, lecz niedostrojone gitary w połączeniu z melodyjnym głosem wokalisty oraz bardzo rytmiczną sekcją w tle sprawiają, że – i to nie żart! – można przy tej piosence zarówno tańczyć, jak i udać się w bezkresną podróż samochodem o zachodzie słońca. Jako miłośnik muzyki lat 60., począwszy od The Beach Boys, a skończywszy na The Beatles, śmiało mogę uznać ten utwór za zgrabny ukłon Petera w stronę jego nieco starszych antenatów. Podobną, i równie udaną, aluzję do złotej ery muzyki zachodniej muzyk uczynił w numerze Old-Fashioned Hollywood”.

Mocne otwarcie stopniowo przeradza się w lżejsze granie, choć znów nie jest to takie klarowne – „Gallants” to półballada brzmiąca niczym Radiohead z pierwszych albumów. Mamy tutaj bardzo melodyjny akord, na którym opiera się cały utwór, i rozbudowane partie chórków z mocnym akcentowaniem śpiewanych fraz przez Petera. W ten sposób ów – jakby nie patrzeć – uroczy kawałek zasługuje na najwyższą ocenę ze wszystkich, co wynika zapewne z romantycznej natury recenzenta…

Przejdę do opus magnum płyty – ostatniego, trwającego ponad sześć minut utworu tytułowego. „The Shore Up In The Sky” to kompendium Petera J. Bircha, zaprezentowanie wszystkich zalet, jakie artystycznie posiada. Delikatne brzmienie gitary, spokojny rytm, wokal rozpływający się jakby we mgle, a od piątej minuty sięgające szczytów nostalgii psychodeliczne chórki i stopniowo gasnące instrumentarium. Nie można sobie chyba wyobrazić lepszego zakończenia i  tak głuchej ciszy, następującej tuż po nim.

Czas upłynął nazbyt szybko. Już przy okazji poprzedniego krążka – The Sun’s Risin’ Over The Town” – podobnie urzekła mnie chociażby kompozycja Nine Horses”, bliska brzmieniowo dokonaniom Nicka Cave’a. Dodatkowo melancholia okraszona wolnym tempem oraz sennym rytmem wprawiła mnie wówczas w metafizyczny niemal stan. A, jak widać, historia lubi zataczać koło. Po okresie muzycznej pustki Peter J. Birch wniósł do mojego osobistego, muzycznego świata jeszcze więcej kolorów, jeszcze więcej inspiracji i życia – tak jak życiem tętni okładka najnowszego albumu i kompozycje tam zawarte.

Ocena: 9/10
Kamil Chachuła

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress