[RECENZJA] Phedora – The Spire

Drugi album lubelskiej grupy Phedora zadebiutował raptem kilka dniu temu. Ich poprzedni krążek „The House of Ink” ukazał się aż cztery lata temu i uzyskał całkiem pozytywne recenzje (także na naszym portalu). Czy długi okres oczekiwania był dla muzyków okazją do intensywnych rozmyślań nad kontynuacją i polepszaniem swojego warsztatu? Mówi się, że drugi album jest dla muzyków zawsze najtrudniejszy do zrobienia – a to dlatego, że w pierwszy wkładają całe serducho. Sprawdzamy.

Wydawałoby się, że w epoce wszędobylskiego muzycznego minimalu, ściana gitarowego szumu odchodzi w zapomnienie. Phedora wydaje się mieć to w poważaniu, waląc przesterowany mur aż pod samo niebo i jeszcze przystrajając go dużą dawką smyczkowych brzmień. Muzycznie dzieje się tu (za) dużo – sporo kombinacji z akordami, zmian rytmu, perkusyjnych przejść. Do tego dochodzi prawdziwie epicki mix – miłośnicy tego typu muzyki będą dzięki niemu fruwać nad ziemią.

Co warte podkreślenia, praktycznie każdy utwór bardzo szybko przedstawia swój hook, co budzi respekt. Zwrotki wypadają już niestety dość przeciętnie. Teksty i wokal są zaś tak pretensjonalne, że brzmią jak wyjęte z wejściówki do przeciętnego anime, gdzie japońscy muzycy wrzucają od czasu do czasu (nie wiedzieć czemu) anglojęzyczne wstawki. Nadal nie rozumiem też, dlaczego polscy muzycy tak bardzo chcą śpiewać po angielsku, posiadając dykcję nie mającą nawet startu do chociażby wokalistów skandynawskich kapel. Oczywiście – wokalista Phedory nie zdradza bardzo swoim akcentem polskiego pochodzenia. Ale skoro przez większość utworów nie mam pojęcia, o czym śpiewa, to coś jest jednak nie tak, jak należy.

Największe wady płyty to jej powtarzalność i… długość. Większa część utworów ma bardzo podobną do siebie strukturę, przeplatając co rusz smyczki z gitarowym hałasem. I choć czasem muzycy z lżejszego rocka, potrafią skręcić w stronę relatywnie ciężkiego brzmienia, a potem pocałować się z elektroniką, to nie zmienia faktu, że ogólnie ich muzyka tak samo łatwo wpada w ucho, jak i wypada z głowy. Z bardziej zapamiętywalnych momentów należy wymienić pięknie grające smyczki w utworze „Worth It”, ciekawe urozmaicenia muzyczne w „Hectic” i naprawdę doskonały (!) kawałek „The Path is Clear”.

I pomimo niewątpliwie dużej energii, jaka bije od nowego albumu Phedory, zapamiętuję go jako dość hałaśliwy, powtarzalny, przesmyczkowany twór, który nie wiem dokładnie, o czym jest. I który chyba powinien być zdecydowanie krótszy, bo trudno przez niego przebrnąć na jeden raz. Niewykluczone, że muzycy mogli materiałem z „The Spire” obdzielić dwa krótsze (i bardziej spójne) wydawnictwa.

7/10
Kuba Styczyński

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress