[RECENZJA] Popsysze – „Popsute”

cdedit

POPSYSZE TO TRÓJMIEJSKI ZESPÓŁ REPREZENTUJĄCY WDZIĘCZNY NURT MUZYCZNY, JAKIM JEST OLDSCHOOLOWY ROCK’N’ROLL. RECENZUJEMY ICH DRUGI ALBUM!

Tłumacząc nazwę grupy z polskiego na polski „Popsysze” można rozumieć jako „po psychice”. Członkowie bandu bawią się więc ze swoimi słuchaczami w grę słowną i zmuszają ich do interpretacji. Swoją tajemniczością pobudzają ciekawość, a także aparat mowy. Spróbujcie wymówić kilkukrotnie słowo „popsysze”, nie lada wyzwanie!

„Szybko jestem. Składam sylaby. Szybko chodzę. Jem i patrzę. Szybko zmieniam. Horyzonty. Szybko przełączam. Oprogramowanie. Ale nie nadążam (…)  Plącze się i wyplątuje.” – Nie nadążam

Ich najnowszy album „Popsute” wydany zaledwie miesiąc temu nakładem Nasiono Records, w dokonały sposób obrazuje niekonwencjonalne i oryginalne podejście do życia oraz dystans, jaki członkowie zespołu posiadają do siebie i do świata. Nie będę się tutaj zastanawiać nad tym, czy coś na tej płycie jest „popsute”, ponieważ jest to tytuł, jak każdy inny. Chwytliwy i trochę zaczepny, mówiący „sprawdźcie nas!”. Chciałabym natomiast skupić się na naturalności i luzie płynącym z niej. Popsysze nie spinają się, nie dopracowują wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach, w ich muzyce czuć powiew letniej bryzy, rozwiane włosy i głowy w chmurach. Jest to album niosący sobą określony przekaz. Zarówno muzycznie, jak i tekstowo mówi on o normalności. W obecnych czasach można zacząć się zastanawiać – normalność, a co to jest? Nikt nie chce teraz być normalny, wszyscy dążą do bycia wybitną jednostką, machającą w tłumie ręką z transparentem „TAK TO JA, PATRZCIE NA MNIE”.

Pomyślmy jednak, co złego jest w byciu normalnym? Ludzie wielcy są właściwie tacy sami, jak każdy z nas. Mieli może więcej czasu na zrealizowanie swoich planów, albo więcej szczęścia lub zapału, ale to taki sam człowiek jak Ty czy ja. Może mieć te same problemy, a w domu zakładać luźne dresy i rozciągnięty t-shirt. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że oto ostatnio rozpoczęła się modna na normalność, na nie wymuszanie na sobie niczego. Po prostu moda na życie w swoim rytmie. W takim swojskim rytmie wibruje drugi album zespołu Popsysze, ponieważ uciekając od „piętna drugiej płyty”, dali swojej psychice wolne od stresu i nagrali album na setkę w dwa dni, bez pompy i spięcia „czy to będzie fajne?”. Otóż jest fajne, bo jest normalne, ale nie w znaczeniu, że przeciętne, ale w znaczeniu, że właściwe. Ten album jest stworzony we właściwy, określony sposób, dzięki któremu słuchacz zaczyna postrzegać rzeczywistość wolną od presji.

„You can try to bath all day / in the sun
I will try to swim the sea / for a while
You can read your favorite book / till you die
But it’s much better to drive out!” – Honeymoon

Główną zaletą tego wydawnictwa są miłe i wyraziste melodie. Gitara gra interesująco i wdzięcznie, riffy są chwytliwe, perkusja dobrze wtapia się w zarówno szybkie, jak i powolniejsze refleksyjne momenty. Wokal jest przyjemny, męski i przyjazny. Chwilami mamy do czynienia z zadziornymi tonami, uzupełnionymi wartkim, rytmicznym tekstem. Powiedziałabym, że Popsysze grają mieszankę uładzonego stoner rocka z indie, no i oczywiście rock’n’rollem. Sporo tutaj jest popisów czysto instrumentalnych, zdarzają się kawałki, że pół piosenki to same instrumenty puszczające wodzę fantazji. Słychać improwizację, wolność, radość z grania. Mam wrażenie, że na tej płycie satysfakcja artystów z możliwości wypowiedzenia się poprzez muzykę jest większa, niż ze słownego uzewnętrznienia swoich myśli. Teksty dopełniają jedynie melodię, która jest swoistym strumieniem świadomości. Spotykamy się tutaj z pisarzami melodią, pomniejszają słowo pisane na rzecz wielkości dźwięku i jego potęgi.

„Mało sypiam, obserwuje
Wytrwale stawiam kroki (…)

Dziś wrócę do siebie

Dziś wrócę cały rozedrgany” – Notatka

Naturalnie więcej koncentrowałam się na piosenkach takich jak: „Sukienka”, która przywodziła mi na myśl stare i błyskotliwe hity Happysad, czy „Rita” – gwarantowany bestseller, jeżeli Popsysze trafią do radia. Dużą sympatią zapałałam do uroczego „Come on” z piękną, ocierającą się o jazz instrumentalną częścią. Szeptem wypowiadane słowa, wzbogacone nastrojowym chórkiem potrafią sprawić, że człowiek zatęskni za posiadaniem „drugiej połówki serca”. Milutkim utworem jest także „Honeymoon”, napisany chyba na cześć Big Lebowskiego. Sielankowy rytm zaraża całkowitym rozluźnieniem, aż ma się ochotę tańczyć boso na trawie, tylko w szlafroku, z owocowym drinkiem w ręku (wiem, że The Dude pijał co innego). Przyciągnął mnie także kawałek „Notatka” ze świetną linią gitary i znajdującym się w tekście słowem „rozedrgany”, które jest najbardziej sugestywnym i namacalnym odzwierciedleniem obezwładniającego uczucia rozpadu emocjonalnego, na jakie było mi dane trafić ostatnio w piosenkach napisanych po polsku. A pisać w naszym języku ojczystym nie jest łatwo, żeby litery składały się w sensowne zdania mające jakąś wartość. Popsyszom się to udało, ponieważ z łatwością ślizgają się po wyrazach tworząc lirykę znaczącą, a nie po porostu zapychającą utwór. Ostatnim numerem poruszającym we mnie iskierkę zainteresowania jest „Oddycham. Nie dlatego, że zamyka płytę, ale z powodu jego kojącego klimatu. Słuchając tej piosenki zobaczyłam przed oczami puch z poduszek unoszący się w powietrzu na tle promieni porannego słońca.

„Ja nie gram. W tej grze. Nikt nawet. Nie zaprosił mnie.

I nie mam. Biletu. Nie wiem. Ile kosztuje wstęp.” – Biały szum

Każdego dnia w naszych myślach pojawia się milion pytań, wątpliwości i rozważań dotyczących tego, z czym na co dzień musimy sobie poradzić. Oczekiwania, obowiązki, spojrzenia obcych ludzi lub przypadkowe spotkania stawiają nas w sytuacji, w której chcielibyśmy pokazać się z jak najlepszej strony, nawet jeżeli potrwa to tylko sekundy. Dlaczego po prostu sobie nie odpuścimy? Nie potraktujemy otaczającego nas świata jako „Biały szum”? Nie słyszę nic, nie rozumiem. Idealnie biały szum. Właśnie o tym traktuje ta płyta. „Popsute” to album o normalności, o swobodzie, o nie przejmowaniu się. Miałam nie analizować nazwy, ale może tytułowe bycie popsutym odnosi się do bycia w opozycji, do narzucanego nam przez ogół biegu ku wyjątkowości? W końcu każdy z nas kiedyś się zmęczy i zacznie z czymś nie nadążać. Czy nie o wiele łatwiej od początku oddychać powoli, niż zakładać, że kiedyś odetchnę? Oby nie skończyło się to tak, że kiedyś odetchnę i wieko się zamknie.

Ocena: 8/10

Nela Grabowska

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress