[RECENZJA] Sonbird – Głodny

Zespół SONBIRD tworzy czwórka przyjaciół z Żywca. Szybko zaskarbili sobie serca setek fanów, których urzekła emocjonalność tekstów oraz znakomita warstwa muzyczna. Ich długo wyczekiwany debiutancki album „Głodny” będzie miał premierę 22 lutego 2019 r. Mieliśmy jednak przyjemność posłuchać go przed premierę i… jesteśmy oczarowani.

Krążek zaczyna się absolutnie hitowym „Tyle pytań”, które miało szansę w mig zagościć w ogólnopolskich radiach, gdyby nie – zapewne na standardy radiowe – zbyt agresywna końcówka. Ale pal licho, radio to żaden wyznacznik, chociaż niewątpliwie pomaga w promocji. Poza tym jesteśmy dopiero na początku albumu. A okazuje się, że im dalej w las, tym więcej potencjalnych hitów można z niego wyciąć.

To, co szybko rzuca się w uszy to fakt, że Dawid Mędrzak, wokalista brzmi… obiektywnie mówiąc, niedobrze. Chwilami jego partie można byłoby uznać za placeholder nagrany przez obsługę techniczną, aby pamiętać, że w tym miejscu powinna pojawić się właściwa partia wokalu. No bo śpiewane to przez nos, z chrypką i nieidealnymi przejściami tonalnymi. A jednak… paradoksalnie wokal wydaje się być jednocześnie jednym z najjaśniejszych punktów albumu. Bo brzmi szczerze jak cholera, bo ma pazur i energię, bo łatwo się z identyfikować się z wokalistą oraz wyśpiewanymi przez niego tekstami. I wreszcie, bo jest niedoskonały i przez to interesujący.

To, co szybko rzuca się w uszy to fakt, że Dawid Mędrzak, wokalista brzmi… obiektywnie mówiąc, niedobrze. Chwilami jego partie można byłoby uznać za placeholder nagrany przez obsługę techniczną, aby pamiętać, że w tym miejscu powinna pojawić się właściwa partia wokalu. No bo śpiewane to przez nos, z chrypką i nieidealnymi przejściami tonalnymi. A jednak… paradoksalnie wokal wydaje się być jednocześnie jednym z najjaśniejszych punktów albumu. Bo brzmi szczerze jak cholera, bo ma pazur i energię, bo łatwo się z identyfikować się z wokalistą oraz wyśpiewanymi przez niego tekstami. I wreszcie, bo jest niedoskonały i przez to interesujący.

Jeżeli chodzi o warstwę tekstową, to znów mamy do czynienia z czymś ponadprzeciętnym. Mnóstwo emocji, trochę smutku, ale w pozytywnym, nostalgicznym wydaniu. A to oznacza, że muzyka wcale nie powoduje doła. Wręcz przeciwnie – odpręża, koi i podnosi na duchu. To doskonały przykład tego, jak bardzo bliskie sercom słuchaczy może być nam słuchanie pięknych słów wyśpiewywanych po polsku.

Cały album jest wyprodukowany bez zarzutu, z perfekcyjnie zmiksowanymi i wyraźnie brzmiącymi instrumentami. A ileż tam się dobrego dzieje. Gitary, elektronika, smyczki, sample pobudzające wyobraźnię – wypisz, wymaluj. W tym wszystkim fantastycznie osadzono wokal, dając mu prowadzić każdą piosenkę, nie przykrywając go żadnym zbędnym hałasem. To wszystko tworzy płytę, która brzmi trochę jak jedna wielka sesja na żywo. A jej aranżacja, słowa i rytm tworzą zaskakującą i pulsującą całość, przy której aż chce się złapać za długopis i udawać, że dyryguje się orkiestrą Sonbirda. Cała płyta kończy się zaś narastającym hałasem – to kolejny patent żywcem zaciągnięty z koncertów. A na samym końcu… dźwięk wyciągania wtyczki, i płyta się kończy. Perfekcja.

Jeżeli chodzi o słabsze strony, to nie przekonał mnie utwór „Ślad”. Jest nieco zbyt wolny, a teksty zbyt pretensjonalne. Ale to wciąż nie jest zła piosenka.

To wielka przyjemność posłuchać tego intymnego albumu z polskimi słowami. Teraz rola managerów z Jazzboy Records, żeby zrobić z tym materiałem coś epickiego. Trzymam kciuki.

9/10
Kuba Styczyński

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress