[RECENZJA] Scream Maker –
„Back Against The World”

screammaker

Czasami jestem zaskoczony, iż ktoś jest gotów produkować i wydawać takie „perełki”. Trzymajcie się foteli, bowiem oto nadchodzi najszybsza recenzja w mojej karierze. Nie wierzycie? To jazda z płytą Back Aganist The World od Scream Maker. Czeka was nieznośna sesja z perfidną kserokopią brzmień najlepszych bandów nurtu heavy metal.

Pokusiłem się o przejrzenie fanpage’a zespołu na pejsbuku. Chciałem wierzyć, że tylko śniłem, miałem jakieś zwidy. Niestety nie. Jest to kolejny bękart Iron Maiden i Judas Priest, rzecz jasna z wodogłowiem. Dlaczego tak wiele polskich zespołów wybiera drogę debila, opiewającą na perfidnym i definitywnym kopiowaniu esencji wybranego zespołu. Niczym wampir – znaleźć i wyssać całą krew. Ludzie, dajcie już spokój! Było śmiesznie przy pojawieniu się Night Mistress – nadal jest – ale ten grzyb naścienny o łacińskiej nazwie xeroticus copius bencarto, to zwykły syf na obliczu Muzyki.

Przesłuchanie pierwszych trzech, nie! Czterech numerów to wyczyn niesamowity, który winien być nagradzany co najmniej Srebrną Gwiazdą z rąk samego President of the United States of America. Niesamowitym heroizmem, uporem i kunsztem wojskowym, musi wykazać się słuchacz przysiadający przed tym materiałem. Dlaczego więc nie ma jeszcze wiadomości z Waszyngtonu? Żarty, żarciki, wracajmy do interesu. Ponad tuzin utworów to katorga, droga przez drewnianą podłogę wykonaną z starych desek, w które ktoś ponabijał zadrzewiałem gwoździe. Myśl o tym, że jest to coś oryginalnego (zgodnie z orwellowską retoryką), kwalifikuje się jako myślozbrodnia. Karana jest zjazdem po zjeżdżalni w stroju Adama, wyłożonej dla hecy papierem ściernym gradacji 80. Już nawet oficerowie w Guantanamo są łaskawi i nie zapuszczą tego gniotu swoim więźniom. To poziom podłości CIA.

„Jest to kolejny bękart Iron Maiden i Judas Priest, rzecz jasna z wodogłowiem. Dlaczego tak wiele polskich zespołów wybiera drogę debila, opiewającą na perfidnym i definitywnym kopiowaniu esencji wybranego zespołu.

Przesłuchanie czterech utworów wystarczy, aby zrozumieć cały album, wiedzieć, że pozostałe osiem wykonów jest identycznych. Na jedno kopyto. Jeśli ktoś powie Ci, że jest to coś oryginalnego i świeżego, wywal mu tubę na zęby i popraw lujem ogłuszaczem, a potem zostaw na środku pola w Lachówce Dużej, z dala od drogi A2. Dlaczego? Bo jest idiotą bez umiejętności krytycznego myślenia. Nawet średnio inteligentny Sebastian z warszawskiego Targówka, któremu wcześniej przedstawi się dwa utwory Iron Maiden czy Judas Priest, a potem podsunie recenzowany album, dojdzie do słusznego wniosku, który skróci w jednym, treściwym i do bólu szczerym „Przecież to jeden ch.. !”. I tak, Seba ma rację – wsio eto samoj. Powinno być to karane litościwym liściem z rękawicy pancernej i przebieżką na Sybir. Nie jest to nawet nośny temat, nie miałem zamiaru nawet wpuszczać w treść recenzji linku do YT, bowiem cenię słuch, czas oraz cenne megabajty, a byłaby to zwyczajna strata. Mimo wszystko, musiałem to zrobić, by przestrzec was przed albumem. Najlepszy przepis na muzykę w Przenajświętszej Rzeczypospolitej? Zerżnij z miną debila spod warszawskiej wsi, brzmienie gigantów gatunku, lekko to zmień i wypuść jako swój produkt. Nikt się nie kapnie, będzie dobrze. No niestety, muszę was rozczarować. Każdy się zorientuje w szwindlu.

Z mojej strony, jak przystało na dżentelmena i przedsiębiorcę:

1/10
Kamil Karpiuk

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress