[RECENZJA] The Feral Trees –
„Self-titled album”

11693129_966551516710500_1130116348_n

RECENZUJEMY DEBIUTANCKI ALBUM THE FERAL TREES, KTÓRY UKAZAŁ SIĘ NA POCZĄTKU CZERWCA TEGO ROKU. PRZECZYTAJ!

Mamy już lipiec, za trzy dni The Feral Trees zagrają na Alter Stage na Open’er Festival w Gdyni, a tymczasem ich utwory szczęśliwie wybrzmiewają w moich słuchawkach. Od początku kariera zespołu zdaje się pędzić bez przystanków, pokonując na swojej drodze, tak ważne dla debiutującego bandu wydarzenie, jak Spring Break Festival w Poznaniu, który przyniósł im uznanie wśród ludzi z branży i tylko wzmocnił oczekiwanie na pierwsze wydawnictwo.

Debiutancki album The Feral Trees, wydany nakładem Anteny Krzyku, proponuje jedynie osiem kompozycji, które przy tak fascynującej „inności”, płynącej z mrocznego, ale zarazem ciepłego wnętrza utworów, powodują uczucie znacznego niedosytu. Słuchacz wciągnięty w parujące dźwięki piaszczystych stepów Kolorado, po 32 minutach traci grunt pod nogami, gdyż ten krążek skutecznie odgradza go od rzeczywistości. Wiele zasługi trzeba przyznać nietuzinkowej barwie głosu wokalistki, Moriah Woods, która tworzy wrażenie niezwykłej głębi. W tym wokalu można się zapaść i podróżować w jego towarzystwie po świecie, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu spokoju ducha. Momentami przywodzi mi na myśl muzykę z mojego dzieciństwa, należącą do zespołu The Cranberries i charakterystyczny, silny głos Dolores O’Riordan. Nie można też niczego zarzucić muzykom tworzącym razem z Moriah, czyli Grzegorzowi Naporze na gitarze, Dawidowi Ryskiemu na perkusji oraz Mariuszowi Antasowi grającemu na basie, ponieważ wyśmienicie odtworzyli klimat dusznego amerykańskiego folku, dodając do niego ostrzejsze elementy ponurego i brudnego rocka. Całość tworzy jakość na światowym poziomie i powiem Wam, że takiego supportu nie powstydziłby się sam Jack White.

Płytę otwiera utwór zatytułowany „For Tomorrow”, wprowadzając w tajemniczy i tęskny nastrój, rozbudza zmysły przydymionym wokalem i szumiącą gitarą, a miękkie bębny dodają mu dyskrecji. To jak rozmowa z duchami, przemieszczanie się pomiędzy światami, z których wyrywa „The Traveler” – swoim wartkim tempem i świetnie wkomponowanym banjo, pomiędzy dźwięki gitary elektrycznej, piosenka prowadzi nas prosto na szlak. Dalej w podróż ku „Rustic Bones”, w którym można usłyszeć skrzypienie starego bujanego fotela na ganku oraz melancholijne partie altówki, zagrane przez Małgorzatę Krasowską. Następnie, w „The Desert”, wędrujemy razem ze strudzonymi kowbojami, poszukując drogi do domu, a płaczliwe banjo wskazuje nam kierunek i zajmuje myśli. Powoli zbliżamy się do „Somehow”, czyli mojego ulubionego utworu z albumu. Jest to ballada na miarę Laury Marling, z urzekającą i życiową narracją. Delikatna gitara akustyczna przygrywa w rytm złamanego serca, które nieprzerwanie tęskni do tego, który je ogrzewał – „I miss you dearest sun. Where have you gone? I need you today (…) I close my eyes again, to see that brillant sun smilling in my dreams”. Potem przychodzi czas na mroczniejszy i bardziej rockowy, niż folkowy „Take It To The Grave”, do którego, jeszcze w 2014 roku, powstał klip, przenoszący nas z pustynnych klimatów w środek do połowy wyciętego lasu. Ostatnie dwa kawałki, czyli „Old Growth”, na który możecie teraz głosować na liście przebojów Trójki oraz zamykający „Dead Lies” gładko się przeplatają, gwarantując zwieńczenie zdecydowanie bardziej nowoczesne niż początek. Usłyszymy tutaj przestrzenną gitarę, ponieważ banjo już się schowało i ustąpiło mocno rockowym partiom i pojedynczym brzdęknięciom cymbałków. Natomiast wokal wzmocniony chórkiem o wyższej tonacji dodaje kompozycji podniosłej i nieco magicznej aury, zostawiając nas samych pośród wysokich drzew.

somehow

Pierwszy album The Feral Trees spełnia wszelkie pokładane w nim oczekiwania. Zachwyca spójnością i konsekwencją klimatyczną, dając słuchaczowi wyborną dawkę alternatywnej muzyki country. Pierwiastek męskości zawarty w kompozycjach jest idealnie zrównoważony przez kobiecą wrażliwość, nadając utworom niezbędną nutkę sentymentalizmu. Rockowa dusza kawałków w wyszukany sposób przykryta jest płaszczykiem folkowej kruchości, a prawdziwie amerykański wokal zamyka całość z wielką gracją. Muszę dodać, że sposób wydania płyty jest również bardzo gustowny, powodując, że obcowanie z twórczością zespołu nie jest tylko ucztą dla uszu, ale również dla oczu. Mam nadzieję, że The Feral Trees nie poprzestaną na laurach i już niedługo wydadzą równie fascynujący, a może nawet lepszy drugi album. Good luck!

Ocena: 9/10
Nela Grabowska

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress