[RECENZJA] Zła Wola – „The Best of Vol. 2”

Nieskomplikowana forma, znane zagrywki i linia melodyczna oraz warstwa tekstowa, na którą można przymknąć oko. Ale całość porywa ludzi do machania łbem i ruszania członkami.

Dla tych, którzy nie kojarzą – Zła Wola to warszawski band grający szeroko pojęty hard rock. Tak w telegraficznym, ale dobrze oddający sedno sprawy, skrócie. No dobra, ale panowie nagrali krążek, The Best of Vol. 2 (ciekawe gdzie część pierwsza?) toteż piszę o tym, co usłyszałem.

Zawartość krążka jest spójna, rzecz jasna mówię o stronie muzycznej – na tą chwilę, dla ścisłości. Linia melodyczna jest w gruncie rzeczy prosta, trochę przewidywalna. Jest wszystko to, czego możemy spodziewać się po hard rockowym bandzie. Jest szybkie strzelanie w talerze na perkusji, nawet sporo tych talerzy lata! To wszystko łączy się w poprawną sekcję rytmiczną, której towarzyszy specyficzny, ale bardzo rozpoznawalny soczysty punch gitarowy. Wiecie, to ten rodzaj wcisku, jaki słyszysz w dobrze skrojonych kapelach. Coś pokroju Godsmack, taki przyjemny liść na twarz, po którym oblizujesz się ze smakiem.

To wszystko łączy się w poprawną sekcję rytmiczną, której towarzyszy specyficzny, ale bardzo rozpoznawalny soczysty punch gitarowy.

Niemniej, nie byłbym sobą, gdybym czegoś nie dodał. Przebijając się przez album, miałem wrażenie, że chłopaki postawili na bezpieczną formę – jednostajne, jedno kopyto. Muzycznie, kawałki są do siebie bardzo podobne, co z jednej strony troszkę zawodzi, ale w dłuższej perspektywie jest przemyślanym zabiegiem. Już pierwszy numer (Zabij Mnie) atakuje wciskiem, drugi robi podobnie (Nie Widzę Siebie). Trzeci zaś – uwaga – też jest identyczny w formie. Prosta zasada działania: wkręcenie się na wysokie obroty, jedynka i sprzęgło w podłogę. Ruszamy gwałtownie i w niecałe 9 sekund dobijamy do setki. I tak za każdym razem. Przy dwóch numerach (W Stronę Światła i Cisza to Krew) nastąpiła redukcja, bo zakręty pokonujemy z mniejszą prędkością. Bezpieczna i znajoma rutyna stałej prędkości? Strzał w dziesiątkę. Buja, ma groove? Jak najbardziej. Czego więcej potrzeba, by dotrzeć do szerokiego tłumu na festiwalach czy juwenaliach?

Całkowicie inną sprawą jest warstwa tekstowa. Chłopaki, wybaczcie, ale nie ma nic gorszego niż poetyckie, quasi-romantyczne kluchy. Rozumiem, że Zła Wola nie chcę kręcić swoich tekstów wokół wódy, pań negocjowalnego afektu i laserów – tego mamy w nadmiarze, możemy wysłać obcej cywilizacji. Niemniej, warstwa tekstowa jest dziwnym połączeniem, zważywszy na charakter bandu i to, jaką muzykę grają. Z lekka emo teksty, o ranach jakie zadaje miłość, ciągłej eksploatacji uczucia i relacji, romantycznym biegu czy skoku na miny podłożone pod murem Helmowego Jaru (pierwszy lekkoatleta z ogniem olimpijskim, na zawsze w naszych sercach) były fajne kiedyś. Breaking Benjanim już był, taka warstwa tekstowa również.

Panowie, właśnie otwieram wasz album, na okładce klimatyczne zdjęcie – zespół w czerni, zacne pozy, ale warstwa tekstowa rodem u zbuntowanego licealisty po pierwszym koszu od Gosi z 1B.

Osobiście, wczuwając się w rolę studenta-śmieszka, który dopiero co dotarł na juwenalia, dzierżąc w dłoni plastikowy kubek z piwem, przysłuchując się tekstowi byłbym skonfundowany. Buja, jest poprawne, rytmicznie-dynamicznie, sztywno gładko, ludzie falują i skandują, a tutaj tekst o jakieś miłości. Wcielając się w mocno wstawionego studenta, mam to na kancie moich spodni – po prostu się gibam, walę wiadro i kolejne piwo. Panowie, właśnie otwieram wasz album, na okładce klimatyczne zdjęcie – zespół w czerni, zacne pozy, ale warstwa tekstowa rodem u zbuntowanego licealisty po pierwszym koszu od Gosi z 1B.

Dobra, ale pora sumować, pakować worek i pędzić na pociąg relacji Kamczatka – Tokio. Z matmy orłem nie jestem, ni sokołem, nawet nie jastrzębiem. Umiem dodać dwa do dwóch, grać w polirytmii i uczesać się łokciem, ale pytanie tego wieczoru brzmi: czy polecosz, panie drogi, krążek Złej Woli? Jasne, czemu nie! Nieskomplikowana forma, znane zagrywki i linia melodyczna, warstwa tekstowa na którą można przymknąć oko (serio, ktoś kto widzi po raz pierwszy zespół podczas gigu, nie dba o teksty), porywające ludzi do machania łbem i ruszania członkami, jest tym co się łatwo przyswoi. Jak Apap czy Ibuprom – bierzesz, bo znasz. Działa? Działa? No i o co chooodzi… Hola, hola. Siostra Oddziałowa chyba słuchała Message in the Bottle 😉

7/10
Kamil Karpiuk

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress