[RELACJA] Koncert Call The Wolf na Chłodnej 25!

12705742_826059290850291_1559391056956413970_n

Nastał weekend. Wiedziony sprawdzonymi informacjami, krocząc po terenach dawnego getta warszawskiego, po raz kolejny zawitałem na Chłodną 25, by wysłuchać koncertu. Tym razem padło na Call the Wolf – formację przeze mnie recenzowaną, przerobioną i lubianą. W skrócie: Było sążnie!

Przybyłem do ciasnej klitki, jaką zwie się sala w klubokawiarni Chłodna 25. To właśnie tam poznałem cały skład. Porozmawiałem z basistą oraz gitarzystą, aż przyszedł czas na wokalistę. Co ciekawe, Dawid pamiętał mnie z recenzji ich EPki i „wreszcie mógł mnie poznać” – jak to ujął. Panowie dostali ode mnie materiał promocyjny, w postaci naszych sztosowych wlep.

Koncert rozpoczął się z małą obsuwą, spowodowaną tym, iż ilość zainteresowanych przerosła oczekiwania organizatorów. Uwierzcie mi na słowo, że Call the Wolf mają bardzo silne zaplecze wiernych fanów. W mig zrobiło się tłoczno, jak przy promocji na karpia w Lidlu. Te dwie sytuacje dzieliło jedno: w przypadku walki o rybę, tłum traktujesz jako przeciwników i niewygodny element pola bitwy. Koncert był sytuacją, w której ilość słuchaczy świadczy o zespole.

CTW zaczęli od mocnego wejścia z nowego albumu. Dopiero potem zaserwowali nam znane dania z poprzedniego krążka „Skip The End. We Prefer Beginnings”. Był żywy „To Lose Temptation”„Dedicated” z wstawkami post-rockowymi oraz alernatywnie rockowym pazurem. Doczekałem się również wykonania mojego ulubionego kąska na żywo. Mówię tutaj o „Hysterii”. Ten powolny, melancholijny i pełen filozoficznego ataku na umysł, numer jest esencją tegoż bandu. Do setlisty dołączył ostatni numer z pierwszej EPki oraz kolejny, nowy materiał „Boundaries”.

Koncert zakończyłem z wielkim uśmiechem. Pogratulowałem wszystkim członkom zespołu, porozmawiałem jeszcze chwilę z Dawidem i ruszyłem do swojej baszty. Wrażenie ze słuchania płyty, a to z koncertu – jest zawsze inne. Będę powtarzał to setki razy – najlepiej jest usłyszeć band, którym się tak bardzo ekscytujesz, w ich środowisku koncertowym. Są takie zespoły, którym studio winduje poziom do niesamowitych rozmiarów, ale koncertowo kuleją. Są też takie, których pokrzywdzono na krążku, lecz odbijają sobie z nawiązką na koncertach. W końcu, są takie formacje jak Call The Wolf, gdzie studyjna wersja, którą możesz wrzucić w odtwarzacz, oraz wersja live są nierozerwalną podstawą zajebistości zespołu.  Dałbym tutaj ocenę, ale nie jest to recenzja, a krótka notka. Mogę jedynie powiedzieć: przychodziłbym częściej!

Kamil Karpiuk

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress