[RELACJA] Curly Heads i Young Stadium Club w Stodole (09.04.2015)!

Curly Heads w Stodole-05
Foto: Bartosz Zieliński/Tiger Media

W CZWARTEK W WARSZAWSKIM KLUBIE STODOŁA ODBYŁ SIĘ IŚCIE INDIE ROCKOWY WIECZÓR, WYPEŁNIONY POKAŹNYMI DAWKAMI TESTOSTERONU I MĘSKIEGO UROKU.

Czarowali nas, widzów i słuchaczy, młodzi mężczyźni z zespołu Young Stadium Club na supporcie oraz Curly Heads w roli głównej gwiazdy.

Young Stadium Club w Stodole-0530

W dużej sali koncertowej Stodoły zebrali się wierni fani, jeszcze wierniejsze fanki, a także, jak później dowiedzieliśmy się od Dawida Podsiadło, liczne grono bliskich przyjaciół zespołu. Początkowo towarzystwo na płycie wydawało się być odrobinę ospałe i może nawet znudzone, kiedy pierwsze utwory z repertuaru Young Stadium Club wybrzmiewały na scenie. Po pewnym czasie został przyznany kredyt zaufania dla kapeli z Łodzi, gdyż ludzie jakby nagle się ocknęli i docenili wysiłki muzyków, uśmiech pojawił się na ich twarzach, a ciała mimowolnie poruszały się w rytm niemalże klubowej mieszkanki indie i synthpopu. Intrygującym urozmaiceniem występu była zamiana ról wokalisty i perkusisty, którzy to na jedną piosenkę wymienili się miejscami. O dziwo bębniarz doskonale sprawdził się jako frontman, nadając grupie, barwą swojego głosu, delikatniejszy i bardziej subtelny charakter. Mam wrażenie, że po 40 minutach Young Stadium Club zeszli ze sceny z dumą i przeświadczeniem o podbiciu desek klubu, a publiczność utwierdzała ich w tym przekonaniu falą oklasków, pisków i gwizdów.

Young Stadium Club w Stodole-0561

W czasie trwania krótkiej przepinki pomiędzy zespołami, klub powoli zaczął się dopełniać. Z wcześniejszej połowy sali, zrobiła się prawie cała. Miejscami nadal znalazło się za dużo przestrzeni do oddychania, ale myślę, że wiele osób nieprzepadających za ściskiem na koncertach doceniło plusy tej sytuacji. Zakochane pary spokojnie mogły się przytulać, a rozgorączkowane fanki swobodnie robić selfie z widokiem na scenę.

Curly Heads w Stodole-0384

Upragniony przez wszystkich moment nadszedł nagle… Wyobraźmy to sobie: światła gasną, powietrze wypełnia się dymem, przed nami migają granatowe reflektory, a pomieszczenie przenikają enigmatyczne dźwięki intro. Jako czarne sylwetki pojawiają się Oni. Dosiadają swoich instrumentów, dotykają mikrofonów i zaczynają grać, oswajać się z nowym tłumem przed ich oczami. Są w trasie „Burning Down Tour”, to był ich 4 koncert i od razu można było zauważyć, że od poprzedniej wizyty w warszawskim Basenie sporo się zmieniło. Przede wszystkim nabrali pewności siebie, zaczęli być bardziej otwarci i świadomi swojego wizerunku scenicznego. Zaprezentowali się jako prawdziwi mężczyźni: seksowni, odważni, zadziorni i prężący mięśnie podczas wyczerpującego dociskania progów gitarowych. Dopracowali repertuar koncertowy, dzięki czemu kawałki z płyty dostały na żywo kopa energii, ubranego w scenariusz zachowań, które magicznie hipnotyzowały uczestników.

Curly Heads w Stodole-0532

Po pierwszych utworach będących rozgrzewką dla muzyków, popłynęły ze sceny żarty i zaczęły się dyskusje z fanami wykrzykującymi do Dawida różne rzeczy. Jak na dobrego kumpla przystało, starał się odpowiadać na większość zaczepek, ale zachował profesjonalnie chłodny dystans. Chwilami trochę mnie zaskakiwał, wydawał się doskonale panować nad tłumem, a niektórymi swoimi ruchami wprowadzał go wręcz w histeryczną ekstazę. Tak było na przykład podczas piosenki „Housecall”, kiedy z niezwykłą siłą i wyrazistością wyrzucał z siebie słowa „so just get the fuck out and leave me alone” równocześnie waląc, bo uderzając to za słabe słowo, w stojący przed nim talerz perkusyjny. Podczas koncertu pojawiło się jeszcze parę innych punktów, które zatrzymały się na dłużej w mojej pamięci. Jednym z nich było muszę przyznać, że bardzo pomysłowe, połączenie coveru utworu „Howlin’ For You” The Black Keys z singlem „Elektryczny” Orkiestry Męskiego Grania. Innym piosenka „Co mogę jeszcze zrobić dla Pana?” z magnetyzującym refrenem i tekstem Zbigniewa Herberta. Nikt się nie zdziwi, jeżeli powiem, że najmilszym elementem wieczoru było wręczenie nagrody w konkursie na pomysłowe zdjęcie z biletem koncertowym. Przepiękną gitarę firmy Fender otrzymała przeszczęśliwa Marta Dębska i odebrała ją z rąk samych członków zespołu, na scenie przed zgromadzoną publicznością. Rozbłysły się flesze aparatów i na chwilę wszystkie i wszyscy zapragnęliśmy być tą uradowaną dziewczyną z nowym elektrykiem.

Curly Heads w Stodole-1036

Wieczór powoli dobiegał końca, a noc stawała się głębsza i cichsza. Ostatnie nuty bisów rozbrzmiewały w sali Stodoły, kiedy wybiegłam do szatni w obawie przed późniejszym tłumem. Nie pomyliłam się, gdyż jak tylko ucichły pożegnalne szmery gitary, a okrzyki stawały się coraz rzadsze, na hol główny wypłynęli szczęśliwi ludzie pochłonięci rozmową o wrażeniach z koncertu. Całe pomieszczenie szybko zostało opanowane przez tę masę i tylko czasami rzucały się w oczy bardziej znane twarze, jak np. Karola Paciorka z dawnych Lekko Stronniczych. Czy tacy słuchacze świadczą o sukcesie i poważnej już pozycji chłopaków na rynku muzycznym w Polsce? Na pewno świadczy to o ich potencjale i rosnącej rozpoznawalności, a dalszą częścią procesu budowania popularności są wybitnie dobrze zagrane koncerty. Tym razem tak było, wybitnie dobrze, ponieważ w porównaniu z występem w Basenie, w Stodole nie było absolutnie do czego się przyczepić, dali z siebie wszystko i naprawdę, naprawdę postarali się być rockmenami. Pozostało po nich tylko wspomnienie klasy, zmysłowości i zachwycającej przebojowości.

Nela Grabowska

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress