[RELACJA] Koncert Patrick
The Pan w Radio Trójka!

Byliśmy na koncercie Patricka The Pana w Muzycznym Studiu Polskiego Radia Trójka im. Agnieszki Osieckiej. Przeczytajcie naszą relację!

DSC_0580

BYLIŚMY NA KONCERCIE PATRICKA THE PANA W MUZYCZNYM STUDIU POLSKIEGO RADIA TRÓJKA IM. AGNIESZKI OSIECKIEJ. PRZECZYTAJCIE NASZĄ RELACJĘ!

Zawsze, kiedy wybieram się na koncert wykonawcy, którego twórczość znam, towarzyszy mi jedno pytanie: czy energia, siła, przekaz, a przede wszystkim muzyczna magia, które występują na płytach, nie zagubią się gdzieś na scenie. Muzyka niektórych artystów – często z pozoru całkiem przyzwoitych, zdaje się czasami „rozłazić” na żywo, a to przez niedbałe wykonanie, marne nagłośnienie lub po prostu brak tego subtelnego „czegoś”, ciężkiego do nazwania, gdy jest, ale jednocześnie natychmiast zauważalnego, gdy go braknie. Dlatego uważam, że w pełni docenić lub zrozumieć większość zespołów, można dopiero wtedy, gdy doświadczy się ich na żywo. Czasem tracą one wtedy w naszych oczach, czasem zyskują, ale prawie zawsze odkrywamy coś nowego, jakiś inny wymiar ich twórczości. Bo na płycie można zrobić wszystko, a scena to już czysty żywioł. Bo można „zrobić swoje” i zagrać w pełni profesjonalnie, a jednak czegoś zabraknie.

Patrick the Pan to krakowski projekt, będący kolejnym krzykiem polskiej alternatywy i dzieckiem „offowej” sceny muzycznej. W odniesieniu do jego twórczości w kółko przewijają się porównania do Myslovitz, Artura Rojka czy Radiohead, i żebyśmy się źle nie zrozumieli, są one w dużej mierze na miejscu i mają solidne podstawy. Tyle, że właśnie między innymi to pokazują koncerty – za inspiracjami stojącymi za artystami, w tym wypadku Piotrem Madejem, będącym sercem i mózgiem grupy, potrafi często być coś dużo, dużo więcej. Coś, co mogli usłyszeć 28 czerwca o godzinie 20.00. wszyscy słuchacze radiowej Trójki, a jeszcze dobitniej przekonać się mogła o tym grupa szczęśliwców, będąca w studiu im. Agnieszki Osieckiej, gdzie występował Patrick the Pan, w wersji „live” prezentujący się jako kwartet.

DSC_0758-2

Oczywiście to drugi, najnowszy album, „…niczym jak liśćmi”, dominował na koncercie, wykonany niemal w całości. Singlowe „Dare” pokazało, że zespół również na żywo może zabrzmieć w jednym utworze zarówno melancholijnie jak i potężnie, co znalazło jeszcze rozwinięcie na samym końcu koncertu. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie drugi, bardziej znany singiel, czyli „Niedopowieści”, gdzie w wersji studyjnej gościnnie wystąpił Dawid Podsiadło. W Trójce Dawida nie było, a zatem Piotr Madej musiał radzić sobie z wokalem sam. Jak wyszło? To zapewne kwestia gustu, a może i również zbytniego „osłuchania” z pierwotną wersją, ale jak dla mnie brzmiało… lepiej. Po prostu. Bardziej świeżo, bardziej naturalnie, bardzo osobiście. Może to też kwestia obcowania z utworem „na żywo” tak podziałała, ale „Niedopowieści” bez Dawida Podsiadły bronią się znakomicie. Bywa tak, że single odstają na żywo od przeważającej reszty materiału. Nie w tym wypadku. Spokojne, mówiące o samotności i poszukiwaniu własnej drogi „52” wypadło rewelacyjnie, podobnie jak po raz pierwszy wykonany przed publicznością „The Ballad of an Elephant”. Wzruszająco, ale nie pretensjonalnie. Łagodnie i hipnotyzująco, ale nie usypiająco. O profesjonalizmie wykonania nie wspominając.

DSC_0976

Chociaż najnowsza płyta zdominowała w niedzielę „trójkową” scenę, nie oznaczało to, że zabrakło utworów z debiutu. Patrick the Pan nie zapomina o świetnym „Something of an End”. Bardzo dobrze, bo byłaby to ogromna szkoda, gdyby jej reprezentantów zabrakło na setliście. Był więc optymistyczny i odprężający „Bubbles”, oraz, jak to określił sam Piotr Madej, „pościelówa”, konieczna w dorobku każdego zespołu, czyli leniwe „Slowly”. Pod koniec pojawił się również „Hełm Grozy”, a tym samym moja kolejna, osobista niespodzianka. Utwór, który nigdy szczególnie mi nie „podchodził” ilekroć słuchałem płyty, na żywo całkowicie mnie pochłonął. Tym bardziej to zastanawiające, że takie melancholijne i do bólu osobiste utwory, teoretycznie lepiej powinny brzmieć w domowym zaciszu, prawda? Jedno nie podlega dyskusji – Patrick the Pan potrafi stworzyć na żywo klimat i atmosferę niepowtarzalną – bo sceniczny profesjonalizm i energia mieszają się z „domową” intymnością i spokojem. I nic tu nie zgrzyta. Wszystko współgra.

DSC_0838-3

Te pochwalne peany może należałoby przerwać w końcu jakimś mądrze brzmiącym malkontenctwem, ale tak się nie stanie. Bo kilka potknięć tu i tam jakoś zupełnie nie zepsuło mi całościowego odbioru koncertu. Zamiast tego przejdę do dwóch, moim zdaniem, najjaśniejszych elementów niedzielnego występu. Pierwszy, to zgrabne połączenie starego z nowym. Smutna „Lewiwa” z „…niczym jak liśćmi”, przechodzącą w „The Moon and The Crane” z debiutu, wybrzmiały razem niesamowicie mocno – wzruszająco, głęboko i melodyjnie zarazem, niczym jedna całość. Coś pięknego.

Na drugi najjaśniejszy punkt, przyznaję się, czekałem cały koncert, więc kto wie, mogę być skrajnie nieobiektywny. Mowa tu o mrocznym, narastającym „Lunatique”, jednym z moich absolutnych faworytów, jeśli chodzi o twórczość zespołu. W pewnym momencie straciłem już nadzieję, że usłyszę go na żywo, i gdy godziłem się już powoli z losem – stało się. Tak, wiem, słychać tutaj Radiohead, bez wątpienia, ale, wybaczcie herezję, dla mnie „Lunatique” może spokojnie konkurować z ostatnimi dokonaniami brytyjskiej legendy. Natomiast na żywo, przejmuje, chwyta za serce i miażdży równie mocno, co na płycie. Co ja gadam – równie mocno. Mocniej.

DSC_0843

Dla właśnie takich momentów słucha się muzyki i dla właśnie takich emocji doświadcza się jej na żywo. Dla chwilowego oderwania od reszty świata i całkowitego zapomnienia, że otacza nas coś więcej, niż muzyka. Patrick the Pan dokonał tej sztuki w studiu im. Agnieszki Osieckiej. Przez półtorej godziny świata zewnętrznego po prostu nie było. Była za to misternie utkana muzyczna tkanina, otulająca mnie ze wszystkich stron i mieniącą się niezwykle szeroką gamą emocji. Zapowiadający zespół Piotr Stelmach, nazwał Piotra Madeja „tkaczem”, więc przyznaję się – moja metafora jest ściągnięta. Ale posłuchajcie tych płyt. Doświadczcie tej muzyki na żywo. Zrozumiecie.

Tekst: Mikołaj Kobielski

Zdjęcia: Heavy Lady K Photography (Kamila Pitucha)

Skomentuj to!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *