[RELACJA] Liveurope Showcase
w klubie Stodoła!

DSC_0379

DWA DNI, DWIE SCENY I BLISKO TRZYDZIESTU WYKONAWCÓW, PORUSZAJĄCYCH SIĘ W NAJRÓŻNIEJSZYCH STYLACH MUZYCZNYCH. TAK W LICZBACH PREZENTOWAŁ SIĘ ORGANIZOWANY W WARSZAWSKIEJ STODOLE LIVEUROPE SHOWCASE.

Stojąca za tą imprezą idea promowania obiecujących artystów europejskich, ściągnęła do stolicy formacje z Niemiec, Austrii, Czech czy Łotwy, na krótkie, showcase’owe sety. Działo się bardzo dużo i niezwykle szybko, a więc usłyszeć wszystkiego się po prostu nie dało – trzeba było dokonywać bolesnych wyborów. Koniec końców, kursując między jedną sceną, a drugą, udało mi się usłyszeć większość tego, co chciałem, a i również poszerzyć nieco muzyczne horyzonty.

Pierwszy dzień rozpoczęła swoim występem, grająca również w The Feral Trees, Moriah Woods. Z racji wczesnej godziny pod Open Stage tłumów, łagodnie mówiąc, nie było – a szkoda. Folkowe kompozycje artystki, oryginalnie wykonywane przy akompaniamencie gitary lub banjo, na scenie nabrały większej mocy i wyrazu, jako że Moriah wystąpiła z sekcją rytmiczną. Również wokal artystki robi na żywo dużo większe wrażenie, bo mamy tu do czynienia z niezwykle silnym i intrygującym głosem. Na szczęście Moriah Woods miała jeszcze później okazję zaprezentować się dużo szerszej publiczności.

Druga na Open Stage pojawiła się pochodząca z Czech Never Sol. Elektroniczna, oszczędna muzyka, balansująca na granicy jawy i snu (artystka nawet wspomniała o zjawisku paraliżu sennego, jako jednej z inspiracji) i, przede wszystkim, łagodny, hipnotyzujący głos, stworzyły klimat, który mógł zauroczyć.

DSC_0151

Następnie przyszedł czas przenieść się na główną scenę, gdzie miał pojawić się słowacki Genius Locci. Liczna formacja, na czele której stoją dwie siostry, na scenie okazała się wulkanem pozytywnej energii. Żywiołowe, śpiewane często na dwa głosy utwory, oscylujące w klimatach popu i folku, z dodatkami w postaci okazjonalnych skrzypiec czy tamburynów, pobujały nieco Stodołą.

Narzuconego przez Słowaków tempa, nie zamierzał zwalniać warszawski Sorry Boys. Byli tu praktycznie u siebie i widać było, że czują się swobodnie. Bez wątpienia największą uwagę skupiała na sobie wokalistka, Bela Komoszyńska, przywodząca mi nieco swoim głosem na myśl Kate Bush. Roztańczona, przygrywająca sobie na tamburynach, dominowała na scenie, dając barwny, muzyczny show.

DSC_0394

Chwilę później przeniosłem się z powrotem na Open Stage, by posłuchać, co zaprezentuje Kari. Artystka występowała sama, co poskutkowało dużo bardziej stonowanymi i spokojnymi aranżacjami. Pewien brak muzycznego urozmaicenia rekompensował jednak wokal artystki – Kari nie potrzebuje licznego instrumentarium, by przykuć uwagę słuchacza, a całkiem liczna publiczność zdawała się tylko to potwierdzać. Co więcej, była to dobra okazja dla fanów, by posłuchać zupełnie nowego utworu.

Następnym, po Sorry Boys, zespołem na dużej scenie, miało być pierwotnie austriackie Steaming Satellites, lecz na skutek urazu perkusisty ich występ musiał zostać odwołany. Szczęście w nieszczęściu, bo chociaż bardzo mi ich brakowało, to w zamian, na główną scenę dostało się The Feral Trees, ze wspomnianą już wcześniej Moriah Woods. Nie zamierzam pomniejszać znaczenia Open Stage, lecz The Feral Trees ze swoim potężnym gitarowym brzmieniem pasowali moim zdaniem dużo lepiej tam, gdzie ostatecznie się znaleźli. Pomieszanie sludge’owego ciężaru, z banjo i elektrycznymi skrzypcami może i brzmi, jak pomysł szaleńca, ale efekt jest piorunujący. Dodajmy do tego mocny, przejmujący wokal i otrzymujemy połączenie iście zabójcze. Śmiało mogę powiedzieć, że The Feral Trees brzmią na żywo rewelacyjnie, w czym ogromna zasługa wokalistki. Duży plus.

DSC_0593

Zaraz po tym występie miało nastąpić wydarzenie dnia, czyli pojawienie się na scenie Dawida Podsiadło wraz z zespołem. Jednak zanim to nastąpiło, miałem jeszcze nieco czasu, by przenieść się na Open Stage i posłuchać Oly. Miała trochę pecha, w końcu jej występ nakładał się na niekwestionowanego headliner’a pierwszego dnia showcase’u, jednak publiczność dopisała. Oly. wyszła na scenę ze swoim znakiem rozpoznawczym, czyli ukulele i wraz z trzyosobowym zespołem wyciszyła i zrelaksowała (ale absolutnie nie uśpiła), wszystkich obecnych pod małą sceną. Byłem ciekaw, czy spokojne i świetnie wybrzmiewające w domowym zaciszu kompozycje z „Home”, poradzą sobie na scenie i nie stracą nic ze swojego klimatu. Na szczęście, pomimo pewnych problemów technicznych Oly. w wersji „live” nadal jest pełna subtelnego uroku.

Dawid Podsiadło stanowił największą atrakcję pierwszego dnia showcase’u i dość szczelnie zapełnił Stodołę. Poleciały oczywiście hity jak „No” czy „Powiedz mi, że nie chcesz”, a także największa chyba atrakcja, czyli premierowy utwór, ze zbliżającej się wielkimi krokami nowej płyty. Reakcję publiczności ciężko określić jakimkolwiek lżejszym terminem, niż „euforyczna”. Całkiem zresztą zasłużenie, Dawid Podsiadło dawał bowiem z siebie wszystko, pokazując, że scena to jego żywioł, a niedługi showcase’owy występ, jest równie ważny, jak każdy inny koncert. Warto też nadmienić, że zespół na żywo ma dużo większego „kopa”, jak gdyby można było wyczuć nieco ducha Curly Heads. Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy Podsiadło jest obecnie jednym z czołowych polskich muzyków, to ten występ spokojnie powinien je rozwiać. Pełen profesjonalizm.

DSC_0781

Następny dzień rozpoczęli Niemcy z Odd Couple, dając na małej scenie nadzwyczaj żywiołowy występ. Duet, gitarzysta i perkusista, przywieźli ze sobą z Berlina surowe i brudne rockowe brzmienie. Szkoda jedynie, że grali tak wcześnie i nie mogli zaprezentować się szerszej publiczności, bo byli jednym z nielicznych „cięższych” akcentów na Liveurope Showcase. Niezwykle energiczni, uśmiechnięci i pełni pasji, czadowali, niespecjalnie przejęci, że pod Open Stage była dość niewielka grupa osób. Cóż, może i niewielka, ale reagująca całkiem entuzjastycznie.

Mniej więcej w tym samym czasie na głównej scenie pojawił się Patrick the Pan. O formacji Piotra Madeja opisałem się już porządnie przy okazji ich występu w radiowej Trójce, toteż jeśli ktoś jest szczególnie zainteresowany, jak prezentują się na żywo, to odsyłam do czerwcowej relacji. Cóż, wiedziałem czego się spodziewać i nie przeżyłem zawodu. Hitowe „Niedopowieści” wypadły hipnotyzująco i spotkały się z niezwykle ciepłym przyjęciem, a mój faworyt, czyli mroczny „Lunatique” jak zwykle „pozamiatał” na koniec, zostawiając ogromny niedosyt.

Po Odd Couple, na małej scenie nastąpiła całkowita zmiana klimatu, jako że pojawił się na niej Milky Wishlake, artysta, u którego usłyszeć można mieszankę synthpopu, ambientu i R’n’B. Wszechstronny i dysponujący zaskakująco mocnym i ciekawym głosem, zrobił to, co na showcase’ach robić należy. Niby nie do końca moja bajka, a jednak coś w jego pełnych rozmarzenia kompozycjach nie pozwalało mi odejść od sceny. Mimo to jednak w końcu trzeba było, jako że na dole miał wystąpić łotewski Triana Park, jedna ze wschodzących gwiazd tamtejszej sceny muzycznej.

DSC_0358-2

Twórczość Łotyszy to wyjątkowy crossover, który na żywo pokaźnie eksploduje. Gdybym miał porównać Triana Park do czegokolwiek, prawdopodobnie byłby to wyjątkowo specyficzny mix Limp Bizkit z No Doubt. Brzmi intrygująco? A dodajmy jeszcze, że zespół kładzie ogromny nacisk na wizualną stronę swoich występów, w czym prym wiedzie energiczna liderka, Agnese Rakovska.

Chwilę później, miał miejsce kolejny rockowy akcent z Łotwy, jednak tym razem na Open Stage. The Sound Poets, bo o nich mowa, szalenie pozytywnie mnie zaskoczyli. Zespół gra, tu cytuję za ich fejsbukiem: „intellectually emotionally pop-rock” i chociaż nie za bardzo jestem pewien, jak to rozumieć, to słucha się tego świetnie. Taki taneczny „Win Without You”, czy wzniosły „Rhythm of The Heart”, to murowane hity i przypuszczam, że gdyby dano im szanse, to nie miałyby problemu z podbiciem polskich list przebojów. Natomiast pasja i radość z grania wprost z muzyków emanowała.

DSC_0498

Relację wypadałoby zakończyć headliner’em dnia drugiego, czyli Brodką. Cóż wiele mówić, artystka, wraz z licznym zespołem, dała show, prezentując swoje największe hity. Charakterystyczny głos Brodki ściągnął do Stodoły liczną publiczność, która, podobnie jak artystka, nie miała zamiaru się oszczędzać. Świetnie i „z przytupem” wykonana „Granda”, została chóralnie odśpiewana przez fanów, doskonale wypadło również nie mniej oczekiwane „Dancing Shoes”, z ostatniego minialbumu. Brodka to nadal jeden z oryginalniejszych głosów polskiej sceny muzycznej, co krótki występ w Stodole jedynie potwierdził.

Jeśli chodzi o stronę organizacyjną, Liveurope Showcase wypadł wzorowo. Nie odnotowałem żadnych opóźnień, poza minimalną obsuwą koncertu Brodki, co zresztą niespecjalnie bolało – można było dzięki temu posłuchać do końca The Sound Poets. Biorąc pod uwagę liczbę zespołów, wszystko poszło nadzwyczaj gładko i sprawnie. Jako że ciekawa i szczera muzyka, zdaje się być coraz częściej wypierana z mediów przez „fast foodowe” i plastikowe przeboje, showcase’y mogą być nadzieją zarówno dla zdolnych artystów, jak i nico bardziej wymagających słuchaczy. Tutaj każdy znajdzie coś dla siebie.

Tekst: Mikołaj Kobielski

Zdjęcia: Heavy Lady K Fotografia (Kamila Pitucha)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress