[RECENZJA] We Draw A – „Moments”

Najnowsza płyta We Draw A to powrót do klasycznych elektronicznych brzmień.

Bez tytułu

Gary Numan powiedział niedawno, że muzyka elektroniczna jest już na tyle długo znana, że zdążyła wytworzyć sobie pokolenia ludzi, którzy mają nostalgiczne podejście do jej początków. Stąd moda na powrót do starych moogów, automatów perkusyjnych z pudełkowymi brzmieniami i mętnych padów. Najnowsza płyta We Draw A jest jednym z przykładów tego typu nostalgii.

Album zaczyna się tak klasycznie elektronicznie, jak to tylko możliwe. Trochę nierówno, część dźwięków nie współgra ze sobą, ale każdy z osobna brzmi fajnie. Dokładnie jak kiedyś u Briana Eno. A potem syntezatorki jak u Vangelis. I tylko stonowane drumy przykryte buzującym klawiszem, zdradzają, że to nowa płyta. Pierwszy utwór przechodzi płynnie w drugi, co zawsze wywołuje u mnie pozytywne uczucia i stwarza poczucie przemyślanej struktury całego albumu. „Reflect” koi zmysły przyjemną melodią i jak zwykle w przypadku We Draw A, urokliwym wokalem. Mimo, że wszystkie brzmienia są nieco wycofane i stonowane, całość brzmi bardzo efektownie i dynamicznie, jak u genialnego Solar Fields. Na końcu znajduje się nawet miejsce dla ‚solo’ klawisza z włączonym arpeggiatorem, celowo psującego melodię jakąś wymyślną nutą.

To absolutnie romantyczne doświadczenie i aż
chce się wyjść na ulicę i przeżywać nowe rzeczy.

„City” maluje dźwiękami klimat nocnego, sennego miasta, przykrytego kolorami z zamglonych neonów. Kompozycje We Draw A oddychają i pulsują jak ludzkie serce i może dlatego są tak bardzo kojące i poruszające jednocześnie. „Jumbo Love” opiera całość dźwięków na samplu jakby szumiącego wiatru i raz wyrywa się przed niego, a raz chowa, co jest absolutnie fantastycznym zabiegiem, dostrajającym nasz mózg jak biały szum, do idealnego odbioru opisywanej muzyki. Dalsza część piosenki to absolutnie romantyczne doświadczenie i aż chce się wyjść na ulicę i przeżywać nowe rzeczy. Definitywny hicior.

„Done” odrobinę zwalnia, wypełniając przestrzeń syntezatorami w stylu retro. „Bruises” pogłębia ten styl jeszcze bardziej, rozpoczynając się klasycznym arpeggiatorem i chyba brzmieniem thereminu (!). W tle dudnią eksperymentalne drumy, a na wysokich tonach stukają perkusyjne brzmienia. Całość pulsuje, zagęszcza się i buduje, a za chwilę znów przygasa. To utwór pokazujący dojrzałość brzmieniową zespołu i brak oporów przed konstruowaniem bardziej skomplikowanych kompozycji, z wieloma warstwami przeróżnych dźwięków. Szkoda tylko, że to co buduje się tak po mistrzowsku, nie „wybucha” na końcu, tak jak powinno. „Winds” to kolejny utwór z gęstą linią basową. Jest nieco gorszy od pozostałych i kompozycyjnie wypada bez szału, zwłaszcza po poprzednim mistrzostwie.

Zbliżając się do końca albumu, We Draw A kontynuuje senną atmosferę w „Lowbanks”, na szczęście tylko do połowy, gdzie perkusja buduje wyczekiwany przeze mnie ‚wybuch’, a cudowne arpeggio szaleje w tle. Kulminacja buduje się jednak znacznie dłużej, niż można oczekiwać, bo dopiero po zmianie patternu perkusyjnego, co wypada dość eksperymentalnie, na pewno nie tak gładko jak w poprzednich utworach i może się nie podobać niektórym słuchaczom. Na końcu wszystko się przesterowuje i przypomina końcówkę poprzedniej płyty zespołu. Intrygujący utwór, zarówno pod względem muzycznym, jak i produkcyjnym.

„Moments” to rewelacyjny album koncepcyjny,
przywołujący ważne momenty w życiu człowieka,
przede wszystkim te magiczne i romantyczne.

A na koniec czeka na nas prawie 10-minutowe „On Sight”. I jak się spodziewałem, wypełnione jest przede wszystkim prostym beatem, eksperymentalnym dźwiękiem przeskakującym między kanałami i ogólnym drone’owaniem w tle. Utwór brzmi chwilami, jak by był na grany na jednym take’u, co zapewne dodaje mu klimatycznej wartości, ale w ogólnym rozrachunku to nie będzie utwór, do którego będzie się chciało wracać. Ale może właśnie z czasem się go doceni? W sumie ma w sobie coś z Dark Side of The Moon od legendarnego Pink Floyd.

Miałem kilka drobnych zarzutów do konkretnych momentów w albumie, ale nie zmienia to faktu, że „Moments” to rewelacyjny album koncepcyjny, przywołujący ważne momenty w życiu człowieka, przede wszystkim te magiczne i romantyczne. Chciałoby się tego posłuchać na winylu, albo mieć jako tło muzyczne dla romantycznych momentów w życiu. To kawał świetnej, świadomej roboty i być może narodziny gwiazd muzyki elektronicznej. Bo w tym przypadku nostalgia za klasycznymi brzmieniami wyszła na dobre, ale pewnie „tylko” dlatego, że muzycy z We Draw A to prawdziwi wirtuozi chilloutowych brzmień i specjaliści od electro-elektronicznego ekwipunku.

Kuba Styczyński

 

Skomentuj to!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *