[WYWIAD] Blackberry Hill: W poszukiwaniu „złotego środka”

FOTO

Blackberry Hill to intrygujący duet z Bydgoszczy  Gosia i Paweł tworzą indie-folk, ale nawiązują też do innych gatunków. Na koncie mają już epkę Silence Speaks For Me”, a tuż za rogiem ich kolejny minialbum – House of Bones. Z zespołem rozmawiamy o ich poszukiwaniach muzycznych i nowej EPce.

FINE TUNE: Kompozycja Wandererod kilku tygodni jest dostępna do odsłuchania w sieci i zapowiada EP House of Bones. Kontynuowaliście na niej dotychczasowy styl grania czy Wasz sposób komponowania muzyki ewoluował?

Paweł Wiśniewski (gitarzysta, pianista): Wydaje mi się, że nasze kompozycje i aranżacje częściowo odzwierciedlają muzykę, której obecnie słuchamy. Dwa lata temu byliśmy zakochani w folkowych utworach Laury Marling. Przez ten czas poznaliśmy mnóstwo nowych artystów, słuchamy dużo więcej muzyki elektronicznej i to naturalnie wpływa na nasze utwory.

Małgorzata Żwikiewicz (wokal, teksty, strona graficzna): Na naszej nowej EP nie chcieliśmy się na siłę odcinać od poprzednich utworów, ale nie robiliśmy żadnych założeń, chcieliśmy dać sobie trochę luzu, nie ograniczać się. Epka „Silence Speaks For Me” to w zasadzie takie nasze pierwsze próby, gdzie nie byliśmy za bardzo świadomi tego, co pragniemy osiągnąć, a na płycie z kolei nie mieliśmy za dużo czasu na specjalne kombinowanie z utworami. Dopiero teraz zaczęliśmy się bardziej zastanawiać, jaki styl chcemy tworzyć. W zasadzie każdy utwór przeszedł chociaż raz zupełną metamorfozę. Zbyt perfekcjonistycznie podeszliśmy do tematu, ale na pewno dużo się przy tym nauczyliśmy. Sama chciałabym pójść później w jeszcze inną stronę – zobaczymy, co z tego wyjdzie.

FT: Jesteście wszechstronni i niezależni: Gosia zajmuje się również graficzną stroną projektu, a Paweł szuka muzycznych inspiracji (chociażby na Youtube, Spotify czy Last.fm). Działacie na własną rękę, nie hołdując konsumpcyjnym metodom promowania siebie. Sądzicie, że da się w ten sposób zaistnieć w świadomości dość rozkapryszonych dzisiejszymi czasy słuchaczy?

M.Ż.: Działamy na własną rękę nie do końca z wyboru, po prostu na razie nie trafiliśmy na osoby, z którymi wyszłaby nam współpraca na dłużej, raczej nie mamy z tym dobrych doświadczeń. Samemu jest o wiele łatwiej, chociaż mamy tego czasami dość, bo ciężko skupić się na samej muzyce, kiedy trzeba przejmować się wszystkimi organizacyjnymi sprawami. Jeżeli chodzi o graficzną stronę, to aż głupio by mi było nie zająć się tym osobiście, skoro lubię to robić i trochę w tym siedzę. Na pewno też dzięki zespołowi bardzo się rozwinęłam plastycznie – fajnie jest robić ilustracje do własnej muzyki.

P.W.: Aranżacje, miks i (czasami) mastering utworów też robimy sami. Być może praca z profesjonalistami dałaby lepsze efekty, jednak tworzenie sztuki własnym sumptem to świetna przygoda.

FT: Moim faworytem w dość eklektycznej kolekcji kompozycji Waszego autorstwa jest Sun Will Rise z pierwszej epki. Odwołujecie się w niej do muzyki jazzowej, etnicznej. To nieco cieplejszy od innych kawałek. Z drugiej strony melancholijny głos Gosi nadaje całości nutkę niepokoju. Świadomie żonglujecie gatunkami czy może jest to nieustanne poszukiwanie złotego środka?

P.W.: To złoty środek, którego nigdy nie osiągniemy. Z Gosią wiele sprzeczamy się o to, jak nasze utwory powinny być zbudowane, jak powinny brzmieć. Pomału uczymy się, że kompromisy nie wychodzą nam na dobre… Pomału.

FT: Jeśli mowa o inspiracjach, chciałbym zapytać o postacie, artystów, którzy dają Wam natchnienie – zarówno jeśli chodzi o warstwę muzyczną, liryczną, jak i plastyczną.

M.Ż.: Moimi muzycznymi miłościami są Patrick Wolf i Beirut, a tak z jakichś świeższych dla nas inspiracji mogę wymienić Banks, Grimes, Marikę Hackman.

P.W.: Uwielbiamy Laurę Marling, Bena Howarda, Daughter. Polska scena to ostatnio również świetne miejsce do inspirowania się – moim faworytem jest duet Coals.

FT: Studyjnie oraz koncertowo pomagają wam wspaniali muzycy, korzystacie z szerokiego instrumentarium, co nadaje Waszej muzyce niezwykłą wielopłaszczyznowość. Przypomina mi to zabieg The Beatles przy nagrywaniu Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, a szczególnie skojarzyło mi się przy okazji waszego koncertu w warszawskim Quality Studio. Czy bylibyście gotowi wystąpić w filharmonii, czy pozostaniecie wierni klimatycznym recitalom?

M.Ż.: Na pewno skorzystalibyśmy z okazji zagrania takiego koncertu, chociaż nie poszłoby to z marszu. Lubimy grać małe koncerty, z większym kontaktem z ludźmi, ale graliśmy już w różnych miejscach i w różnych sytuacjach, fajnie móc się tak sprawdzić.

P.W.: Uwielbiamy urozmaicać nasz skład. Koncerty w naszym rodzinnym mieście są świetną ku temu okazją. Dla mnie każdy koncert w Bydgoszczy to swego rodzaju wydarzenie, na które musimy się specjalnie przygotować, stąd zmienna liczba muzyków. Na dłuższą metę jednak planujemy bardzo ograniczyć skład. Dwie, być może trzy osoby, do regularnego koncertowania w małych klubach, by co jakiś czas zagrać większy koncert w 6-osobowym składzie.

FT: Wracając do warstwy lirycznej tekstów – powstają one na kanwie osobistych doświadczeń, a może jest to bardzo ambitna i życiowa fikcja literacka? Wasz debiut, I Lied To the Rain, pod tym względem przypomina przyczynowo-skutkową całość, gdzie kolejność utworów wydaje się nieprzypadkowa…

P.W.: Kolejność jest zawsze przemyślana, ale pod tym względem ciekawsze są koncerty. Nie zdarzyło się jeszcze, żebyśmy zagrali dwa razy te same utwory w tej samej kolejności. Każdy koncert to dla nas okazja, by tę samą historię opowiedzieć inaczej.

M.Ż.: Ciężko powiedzieć dokładnie, czy teksty są prawdą czy fikcją, bo podczas robienia piosenki obie te rzeczy mi się mieszają: kiedy planuję pisać o sobie – wychodzi mi inna historia, i na odwrót. Na pewno wszystkie są dość osobiste, ale nigdy nie są takim lustrzanym odbiciem myśli.

FT: Jeśli mielibyście zaspokoić ciekawość fanów – czego możemy się spodziewać na House of Bones? Czy jesteście zadowoleni z tej EP i praca nad nią wniosła coś nowego do Waszego artystycznego życia?

M.Ż.: Nad tą epką pracowaliśmy dużo więcej niż nad wcześniejszym materiałem. Nadal chcielibyśmy jeszcze trochę poeksperymentować, ale wydaje nam się, że jesteśmy już bliżej tego, co pragniemy robić. Jest na pewno więcej elektroniki, utwory są trochę bardziej energiczne, może trochę mroczniejsze.

P.W.: Podstawy kompozycji powstały wiosną, latem nagrywaliśmy pierwsze partie, by jesienią dopracować aranżacje, a zimą miksować materiał. Dla mnie osobiście House of Bones to pewien okres przejściowy. Czuję, że dopiero teraz pokażemy pełen potencjał… O ile codzienne obowiązki nam w tym nie przeszkodzą.

Rozmawiał: Kamil Chachuła

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress