[WYWIAD] FURTHER AWAY: NOWE SZATY INQBATORA I ZIMNE, SKANDYNAWSKIE WESTCHNIENIA

12947066_1045757918799604_936144558_o

O artystycznym dojrzewaniu, wpływach muzyki skandynawskiej, definiowaniu własnej twórczej drogi i osobowości scenicznej rozmawiamy z Kubą Bugałą, czyli Further Away, którego album „Post Love” będzie miał premierę 15 kwietnia 2016 roku. Ponadto, nie omieszkaliśmy się zapytać artysty o refleksje odnośnie odbiorców muzyki przezeń tworzonej i kolaboracji z innymi muzykami.

FINE TUNE: Kim jest Further Away?

Kuba Bugała: To nie osoba, więc trudno mi mówić o „kimś” w tym kontekście – to pewna klamra, szyld spinający to, co robię muzycznie sam i w towarzystwie. Oczywiście zgadzam się na nazywanie mnie jako Further Away dla uproszczenia, tak jak wcześniej zgadzałem się na nazywanie mnie Inqbatorem. Wynika to z tego, że często występuję solo pod tym właśnie szyldem, no i jakoś trzeba na mnie wołać. Sama nazwa jest nawiązaniem zarówno do utworu Bena Howarda pod tym samym tytułem (polecam!), jak i do pewnego rodzaju samotności oraz oddalenia, jakie towarzyszy mi odkąd pamiętam.

FT: Skąd pomysł na zmianę „scenicznego image” z Inqbatora na Further Away?

K.B.: Mój „image sceniczny”, czyli to jak się ubieram, pokazuję się na scenie i co mówię, w ogóle się nie zmienił. Nadal jestem tym introwertycznym gościem siedzącym na krzesełku z gitarą. Further Away to bezpośrednia kontynuacja Inqbatora nie tylko w warstwie muzycznej, ale i artystycznej. W pewnym momencie nazwa „Inqbator” zaczęła mnie po prostu uwierać. Dookoła, jak grzyby po deszczu, rosły różne inicjatywy o nazwie Inqbator albo Inkubator (albo istniały wcześniej, tylko o tym nie wiedziałem), a do tego wiele osób myślało, że zależy mi bardzo, by w nazwie mojego projektu znajdowało się moje imię. Pominąwszy już odbiór samej nazwy, która brzmi dosyć chłodno, technicznie i nie pasowała raczej do mojej natury i muzyki. Postanowiłem więc znaleźć nową, adekwatniejszą i wiedziałem, że okres przed debiutem jest jedynym sensownym momentem, żeby to zrobić.

FT: Skąd zainteresowanie kulturą skandynawską? Czyżby nieobce ci były kapele pokroju Múm czy Sigur Rós?

K.B.: Wymieniłeś te dwie kapele, których właśnie nie słucham, albo ledwie znam. Sigur Rós, co pewnie wielu zaskoczy a część oburzy, wręcz mi się nie podoba – jego płyty są dla mnie zbyt przesycone gęstymi brzmieniami, przesłodzone i sprawiające wrażenie jak muza dla jakiejś sekty medytacyjnej, naprawdę! Podchodziłem do niego kilka razy i za każdym razem odpadałem. Inspiruje mnie muzyka, która jest niedopowiedziana, albo przynajmniej nieprzegadana i pozostawia przestrzeń na zmiany klimatu. Mnie w ogóle bliższa jest zimna Skandynawia: Promise and The Monster czy Fever Ray. Chłodne, krystaliczne wokale, surowsze aranżacje – taka muzyka mnie inspiruje, choć jak wspominałem wcześniej, „Post Love” jest płytą wręcz słodkawą, trochę na przekór mojej EP-ce i na przekór moim podstawowym inspiracjom. Ale to jest zamierzone.

FT: Uważasz, że takie klimaty dobrze przyjmują się wśród polskich słuchaczy?

K.B.: Na początek powiem, że żaden ze mnie ekspert od muzyki skandynawskiej, więc proszę o traktowanie mojej opinii jako bardzo subiektywnej! Klimaty rozumiane przez większość naszych słuchaczy jako muzyka islandzka są bardzo dobrze przyjmowane na naszej scenie, co w jakiejś części tłumaczy naprawdę spektakularny sukces Fismolla, mojego serdecznego kolegi (pozdro, Arek!) albo dużą popularność amerykańsko-islandzkiego Low Roara. Nie powinniśmy się jednak bać przełamywać tej utartej mocno estetyki, żeby zrobić coś bardziej swojskiego, oryginalnego, trochę mniej ładnego, albo ładnego inaczej – za to bardziej nowatorskiego i „lokalnego” (patrz: Sturle Dagsland albo Jenni Hval & Susanna, polecam!) Ogólnie, Skandynawia ma tyle odcieni, że trudno ją traktować jako monolit muzyczny. To, co u nas w masowej świadomości reprezentuje muzykę skandynawską, jest tylko jej wycinkiem, to staram się przekazać. Nie dość powiedzieć, ile osób dowiedziało się o Fever Ray dopiero po tym, jak jej „If I Had a Heart” trafił na soundtrack do serialu Vikings, jako kompozycja tytułowa. A to jest utwór znajdujący się na albumie z roku 2009 (sic!).

„(…) Inspiruje mnie muzyka, która jest niedopowiedziana, albo przynajmniej nie przegadana i pozostawia też jakąś przestrzeń na zmiany klimatu.”

FT: Czego możemy się spodziewać na nadchodzącym krążku?

K.B.: Możecie spodziewać się rozszerzenia palety brzmień: większej różnorodności, delikatnych romansów z elektroniką w postaci bitów, loopów, sampli, ambientów, synthów, padów i gitary elektrycznej w różnych odsłonach. Stałym elementem pozostaje mój wokal, gitara akustyczna i wiolonczela, na której gra Janek Pasławski. Nie wszystkie wspomniane elementy są w każdym utworze – wszak zwiększyła się moja rozpiętość stylistyczna. Utwory są w pewnym sensie pogodniejsze i zdecydowanie mniej surowe, niż na Inqbatorowej EP-ce „The Spin„.

FT: Na „Post Love” swój udział ma Piotr Szadi Madej, czyli Patrick The Pan – jaki był jego wpływ na ogólny kształt materiału?

K.B.: Wpływ Piotrka na materiał jest niemały, głównie w warstwie brzmieniowej, ale czasami także w warstwie samej aranżacji. Jego wkład to nagranie partii gitar elektrycznych, większości synthów, stworzenie kilku elementów aranżacji – mogę spokojnie powiedzieć, że jego ‚dobry duch’ obecny jest w każdym utworze, ale w różnym stopniu. Wszystko oczywiście ustalaliśmy wspólnie, czasem nawet się spierając, ale generalnie zawsze to powtarzam: gdyby nie jego kop w moją tylną część ciała, nie uwierzyłbym, że mogę w takim stopniu samodzielnie wpłynąć na ostateczny kształt materiału, z jego pomocą i doświadczeniem jako katalizatorem tego procesu i nie zaryzykowałbym zrobienia tej płyty. Najlepiej wspominam pracę nad utworem „Guess Why„, którego ostateczny aranż powstał na samym końcu tworzenia płyty: przyniosłem do Piotrka ścieżki bitów, paru elektronicznych samplowych smaczków, linię gitary akustycznej, wokalu i jakiś pomysł na bas, a potem Piotrek położył piękne partie gitar elektrycznych, których kształt ustaliliśmy sobie podczas spotkania. Dodał też, fajne drone-ujące brzmienia w finale i skleił kompletny numer, który posłaliśmy do miksu. Jestem bardzo zadowolony z efektu naszej pracy – zrobiliśmy w ten sposób najbardziej przebojowy numer na tej płycie!

FT: Czy w ramach podsumowania swej dotychczasowej twórczości mógłbyś zdefiniować gatunek, jaki artystycznie eksplorujesz, do którego Ci najbliżej?

K.B.: Najbliżej mi do szeroko pojętego nurtu „singer-sowgwriter”, ale nieograniczonego do gitary akustycznej i wokalu, tylko rozbudowanego o wszystko, co tylko dusza zapragnie, dosłownie. Trzeba skończyć ze schematem/kliszą singer-songwritera jako gościa z gitarą, który nic więcej nie potrafi sobie muzycznie wyobrazić poza mniej lub bardziej skomplikowanym akompaniamentem i który nie chce nic innego grać. Moje ograniczenia wynikają tak naprawdę z logistyki i finansów: gdybym tylko mógł, grałbym wszędzie w składzie cztero- lub pięcioosobowym i pozwalał muzyce Further Away zabrzmieć całościowo. Mimo to, chętnie jadę tylko z gitarą tam, gdzie chcą mnie słuchać solo. I wszystkie te doświadczenia, zespołowe oraz solowe – zamykam w terminie „singer-songwriter”.

FT: Chciałbym w związku z nadchodzącą premierą „Post Love” życzyć Ci jak najwięcej pozytywnych opinii oraz przede wszystkim – niesłabnącego zainteresowania fanów i zyskania nowych!

K.B.: Bardzo dziękuję. Pozdrawiam wszystkich widzów i czytelników FINE TUNE!


Rozmawiał: Kamil Chachuła

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress