fot. Marek Sławiński

[WYWIAD] Ralph Kamiński: Otwieram się przed słuchaczami i daję im siebie

Kilka dni temu odbyła się premiera debiutanckiego longplaya Ralpha Kamińskiego – artysty nietuzinkowego i z dużym potencjałem. Zadaliśmy mu kilka trudnych pytań na temat jego albumu „Morze”. Jak wypadł? Sprawdźcie! I przy okazji zgarnijcie płytę!

Kilka dni temu odbyła się premiera debiutanckiego longplaya Ralpha Kamińskiego – artysty nietuzinkowego i z dużym potencjałem. Zadaliśmy mu kilka trudnych pytań na temat jego albumu „Morze”. Jak wypadł? Sprawdźcie!

fot. Marek Sławiński
fot. Marek Sławiński

FINE TUNE: W procesie nagrywania płyty wzięło udział kilkunastu młodych, utalentowanych (i wielu mi znanych) muzyków. A jednak w utworach słychać, że były komponowane w samotności, na pianinie – bez założenia, że zostaną otoczone wieloma warstwami dźwięków. I to w albumie słychać.  To bardziej taki pozytywny jam session z garstką przyjaciół, niż pełnoprawne kompozycje. Czuć, że najbardziej komfortowo ze swoimi utworami czujesz się w takich warunkach, jak je tworzyłeś.

Ralph Kamiński: Według mnie dobra kompozycja po wyłączeniu całego aranżu i powrotu do wersji początkowej nie powinna tracić na wartości czy pięknie. Nawet w wersji z jednym instrumentem, z którym najpierw była stworzona. Pisząc swoje piosenki kierowałem się tą zasadą. Wiedząc jednocześnie jak piosenki będą zaaranżowane, jakich instrumentów użyję, żeby podrasować utwór i pomóc obudować historie, o których chcę opowiedzieć. Nigdy nie zakładałem pozostawienia piosenek w wersjach surowych, wiedziałem czego będę potrzebował. Jedynie w utworze „Kocham” świadomie zostawiłem sam fortepian z wokalem. Nigdy nie przyszło mi na myśl porównać moje piosenek do jam sessions. To właśnie kojarzy mi się z czymś przypadkowym i nieprzemyślanym. Każdy element, dźwięk, zabieg w moich kompozycjach jest dokładnie przeze mnie przeanalizowany i ma gigantyczne znaczenie. Najlepiej czuję się na scenie z moim siedmioosobowym zespołem, lubię duże składy. Każdy, kto kiedykolwiek był na naszym koncercie mógł to zauważyć.

„Każdy element, dźwięk, zabieg w moich kompozycjach jest dokładnie przeze mnie przeanalizowany i ma gigantyczne znaczenie.”

Płyta została nagrania w kilku różnych studiach i z udziałem kilku różnych osób, które odpowiadały za stronę techniczną. Chociażby w niezbyt lubianym przeze mnie (pod względem jakości audio) Quality Studio. Te rozdźwięki słychać – i to w negatywnym znaczeniu. Poza tym trzy single też brzmią wyraźnie lepiej, niż reszta utworów. Skąd decyzja na takie rozdrobnienie?

Każda z moich piosenek opowiada inną historię, część z nich jest bardzo intymna, bliska – zależało mi, żeby słuchacz czuł tę bliskość poprzez trzaski, oddechy, „pokojowe” brzmienia. Część piosenek brzmi bardziej filmowo, odlegle, takie są właśnie między innymi single jak np. patetyczny finał albumu, czyli „Meybick Song” nagrany w słynnym s4 Polskiego Radia. Wszystkie te zabiegi zostały wykorzystane świadomie, również po to, żeby urozmaicić materiał. Studio według mnie ma znaczenie marginalne, najważniejszy jest materiał, piosenki – nie sztuką jest wynająć najdroższe studio z najlepszym sprzętem. Ja wierzę w to, że nie sprzedaję wtyczek i efektów tylko emocje i historie. Quality Studio darzę ogromnym sentymentem, ponieważ tam zagrałem pierwszy koncert z moim zespołem My Best Band In The World w 2013 r. Uwielbiam tamtą atmosferę, ten brak perfekcyjności, boazerię na ścianie. Na pewno jeszcze nie raz tam wrócę.

„Nie sztuką jest wynająć najdroższe studio z najlepszym sprzętem. Ja wierzę w to, że nie sprzedaję wtyczek i efektów tylko emocje i historie.”

Album maluje twój artystyczny obraz jako kogoś, kto bardzo silnie trzyma się swoich wspomnień i zestawia z nimi swoje uczucia w sposób bardzo – rzekłbym – drastyczny i intensywny. Czy rzeczywiście taki jesteś na co dzień? A może tylko podczas tworzenia często zamyślasz się nad tym, co stanowi fundament Twojej osoby – a w rzeczywistości patrzysz odważnie w przyszłość i bezpardonowo realizujesz swoje marzenia i plany?

Jaki jestem na co dzień – pozostawię dla siebie. Publiczność widzi mnie takim, jakim jestem w piosenkach i na scenie i to też jest prawda. Nie sądzę, że można siebie przypisać do jednej kategorii i używać zawsze tych samych przymiotników opowiadając o sobie. Tutaj nie ma jednowymiarowości. Cały czas pozostaję sobą. Otwieram się przed słuchaczami i daję im siebie, swoje emocje. Mając nadzieje że uda nam się połączyć.

Rozmawiał: Kuba Styczyński

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress