[WYWIAD] Patrick the Pan: Nie jestem już Piotrusiem, tylko Piotrem

Zmiana wizerunku, nauka cierpliwości i pierwsza w życiu piosenka polityczna – tak Piotr Madej rozpoczyna pracę nad swoim trzecim albumem, który zapowiada nowy singiel, ”Imiona Tajfunów”.

fragm. fot. Paulina Wyszyńska

FINE TUNE: ”Każdemu z osobna serwuję ciut inną twarz…”- tak śpiewasz w piosence „Cham”- pierwszym pokazanym utworze z nadchodzącej płyty. To jaką twarz zabrałeś dziś na koncert?

Patrick The Pan: Na scenie jestem Patrick The Pan, a prywatnie po prostu Piotrem Madejem. Bardzo staram się, żeby te dwie twarze nie różniły się aż tak bardzo – mam nadzieję, że to się udaje.

Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę dwa lata temu, w Warszawie?

Gadaliśmy chyba wtedy dużo o tym, że jestem stary (śmiech). No tak, wszystko dalej aktualne. Czuję, jak nieuchronnie zbliża się do mnie magiczna trójka z przodu. To ten moment, kiedy zastanawiasz się nad swoim wiekiem i nad całym czasem, który nieubłaganie pędzi. Powoli zaczynasz już czuć ten oddech starości na karku…

Twoja twarz już tak bardzo się zmienia pod wpływem tego mijającego czasu?

To pytanie do ciebie, czy widzisz zmiany?! Moja aparycja nie sugeruje mojego wieku. Ale w duchu czuję, że już trochę ”dziadzieję”.

Czym to się objawia?

Na przykład teraz na tych imprezach, na których kiedyś byłem królem balu, teraz mam już ochotę wyjść przed północą.

To niedługo po osiemnastej będziesz pił ziółka i pójdziesz grzecznie spać.

Staram się, by tak nie było, choć ostatnio naprawdę wcześnie chodzę spać. Znajoma mi zasugerowała, że to Kraków tak na mnie wpływa. Do tego, czuję, że jestem coraz mniej spontaniczny i częściej podejmuję racjonalne decyzje.
Czuję to na przykład po podejściu do nowej płyty. Kiedy wydawałem moją drugą płytę, to strasznie spieszyłem się z tym wszystkim. Zorientowałem się w grudniu 2013 roku, że mam 3 miesiące na dostarczenie płyty na to, by wyszła przed wakacjami. I wtedy właśnie postanowiłem, że nagram ją za wszelką cenę. Nie było nawet mowy, żeby to zostało przełożone na jesień. To było na zasadzie jakiegoś wyścigu. Teraz sam przekładam premierę, zarówno singla jak i płyty. Nie mam z tym już problemów. Trochę mi zeszło ciśnienie w życiu na cokolwiek. Nauczyłem się pokornie czekać, być cierpliwym i słuchać rad wytwórni, którzy taki wydawniczy pośpiech stanowczo odradzają. To właśnie są racjonalne decyzje, i do nich też trzeba dojrzeć.

,, Czuję, jak nieuchronnie zbliża się do mnie magiczna trójka z przodu. To ten moment, kiedy zastanawiasz się nad swoim wiekiem i nad całym czasem, który nieubłaganie pędzi”.

Zapuściłeś wąsy – co spowodowało, że zdecydowałeś się na taką zmianę wizerunku?

Od pewnego czasu korciło mnie, by coś zmienić w wizerunku. Zmieniłem delikatnie fryzurę i zapuściłem wąsa. Oczywiście mamuśka mi od razu zarzuciła: ”Robisz się na Podsiadłę”. I tu muszę podkreślić, że jak Dawida bardzo lubię, to jednak nie on mnie do tego zainspirował. Był to agent Murphy z serialu „Narcos”. Zawsze uważałem, że jako blondyn, dodatkowo z niezbyt gęstym zarostem nie zawojuję w dzisiejszej modzie na brody, wąsy i barber shopy. Tymczasem, agent Murphy, jak ja jest blondynem, ma podobną aparycję… I ten wąs u niego z tym wszystkim świetnie grał. Postanowiłem, że spróbuję i proszę – ja i mój wąs jesteśmy razem już prawie rok!

Poczekaj, ale on w tym serialu ma: piękne kobiet, szybkie samochody i pieniądze?

Nie, nie… Mówisz o tym tytułowym złym – Escobarze. Murphy jest agentem, który go ściga.

No głównie takich rzeczy zazdroszczą ludzie serialowym postaciom. A już myślałam, że to właśnie cię w nim urzekło – te szybkie samochody, piękne kobiety…

Przecież ja to wszystko mam!

Aha, to przepraszam. Dawno nie byłam w Krakowie…

No widzisz! Tak czy siak, dzięki niemu zauważyłem, że można być blondynem i mieć wąsa. Początkowo ta relacja była skomplikowana. Jednak dziś śmiało muszę powiedzieć, że bardzo się polubiliśmy. Słyszę o nim bardzo wiele miłych słów. Chyba tylko moja mamuśka dalej nie przepada za moim nowym wizerunkiem. Kocham to w niej, bo zawsze jest taka bezpośrednia i mówi to, co myśli.

A co powiedzieli znajomi?

Stanowcza większość bardzo pobłogosławiła ten pomysł. Zaskoczyło mnie to, że duża część moich męskich znajomych powiedziała, że świetnie wyglądam z tym wąsem.

Nie przeraziło cię to?

Nie! Pomyślałem, że to super. Dlaczego miało mnie to przestraszyć…?! Uważam, że faceci też powinni mówić sobie komplementy.

Twój najnowszy singiel, „Imiona Tajfunów” nawiązuje do obecnej sytuacji politycznej…

Tak, napisałem pierwszy raz w życiu piosnkę polityczną. Trochę zainspirował mnie do tego Krzysztof Zalewski. W jednym z wywiadów ktoś go zapytał, czy artyście wypada w swojej twórczości poruszać tematy polityczne. Krzysiek odpowiedział, że to wręcz nie wypada, żeby nie zabrać głosu na to, co dzieje się teraz w Polsce. To mnie pobudziło. Podobnie jak to, co rzeczywiście się dzieje w naszym państwie. Do tej pory polityki nie tykałem, pod żadnym względem, nie interesowałem się tym. Ale obserwując poczynania obecnych władz naprawdę się denerwowałem. Dotykały mnie kolejne decyzje, wypowiedzi i prowokacje. Czułem złość i bezsilność. Te emocje były dla mnie swoistą nowością, bo do tej pory sprawy polityczne były mi z całego serca obojętne. Postanowiłem napisać o tym piosenkę. Starałem się jednak na tyle wyśrodkować przekaz tekstu, by raczej okazał się bezstronny, uniwersalny i możliwy do zinterpretowania na różne sposoby. Chciałem, by mogły go „zaśpiewać” dwie strony konfliktu.

Skąd pomysł na teledysk z filmami z marszów i protestów nakręconymi przez innych ludzi, w tym Twoich fanów?

Piosenka porusza temat energii – zarówno tej złej jak i tej dobrej, którą można w sobie odkryć w szczególnych okolicznościach, która pobudza nas do różnych działań i emocji. To właśnie ta mnogość interpretacji. Tekst z refrenu: „nie wiedziałem, że, można tego tyle mieć” mogę powiedzieć ja, kiedy mówię delikatnie o poirytowaniu, jakie czuję obserwując obecną sytuację. Można to też zaśpiewać w odniesieniu do monstrualnej ilości gniewu, złości i kompleksów pewnych osób u szczytu władzy, których nienawiść do inności jest tak zagorzała, że aż przerażająca. Ale można ten refren też zaśpiewać, widząc masy ludzi maszerujących ulicami miast, dla wyższej idei. W obronie swoich idei, wolności, demokracji. Mnie bardzo poruszyło, gdy rok temu, tyle kobiet wyszło na ulicę w ramach „Czarnego Protestu”. Pomijając obrzydliwe okoliczności tych marszów, dla mnie ta siła kobiet była po prostu piękna. Chyba nie przypuszczałem, że nasz naród potrafi się tak zmobilizować do czegokolwiek. To pocieszające, że jeśli jest wyższa potrzeba, to ludzie jeszcze potrafią połączyć swoje siły.

,,Starałem się jednak na tyle wyśrodkować przekaz tekstu, by raczej okazał się bezstronny, uniwersalny i możliwy do zinterpretowania na różne sposoby. Chciałem, by mogły go „zaśpiewać” dwie strony konfliktu”.

To wyobraź sobie, że dziś ktoś dzwoni do ciebie od obecnej władzy. I na przykład dostajesz zaproszenie na wydarzenie, gdzie masz reprezentować polskich artystów – zgodziłbyś się tam wystąpić?

Graliśmy na ”Narodowym czytaniu”, które jest organizowane przez Kancelarię Prezydenta i było bardzo w porządku. W maju byliśmy na ”Zamojskiej Majówce” organizowanej przez Urząd Miasta, na czele którego był prezydent mający poparcie partii rządzącej – było doskonale. Widzisz, to wszystko generalnie zależy od okoliczności i podejścia obu stron. Nigdy nie zgodziłbym się na jakąkolwiek ingerencję w to, co śpiewam i z kim śpiewam. Nigdy nie zaakceptowałbym cenzury. Dopóki mam wolność słowa, to nie mam problemu z tym, kto i gdzie mnie zaprasza. Nie można mierzyć wszystkiego jedną miarą. To tak jakby powiedzieć, że wszyscy księża są źli, bo molestują młodych chłopców. Nie każdy ksiądz to zło, nie każdy prawicowy polityk to zło. Nie można uogólniać tego wszystkiego. Największy grzech to mierzyć wszystkich jedną miarą.

Masz fanów w różnym wieku i pamiętam, że kiedyś opowiadałeś mi o wiadomościach od 8- latka. Ten chłopiec pytał o różne rzeczy związane z twoją muzyką… Co napiszesz, kiedy fan w podobnym wieku do tego chłopca zapyta: ”Kim są osoby z twojego nowego teledysku? I dlaczego tam jest policja?! To źli ludzie?!”

Na tyle, na ile potrafiłbym to obiektywnie wytłumaczyć 8-latkowi, powiedziałbym mu prawdę.

Emocje i polityka… Nie obawiasz się, że to zbyt silne połączenie dla twoich fanów? Do tej pory słuchali twojej muzyki, by zapomnieć właśnie o tej brzydkiej rzeczywistości. Nie obawiasz się, że ten kawałek będzie trochę takim ”strachem na fana”?

Na pewno ktoś się skrzywi i skrytykuje. Krytyka pojawiła się już na etapie prośby o filmy z marszów. Wprawdzie śladowo, ale była. Jestem na to gotowy, z drugiej strony „Imiona Tajfunów” nie są jakąś agitacyjną balladką. Ten utwór tak delikatnie dotyka polityki, że niektórzy mogą w ogóle tego nie poczuć (dopóki nie zobaczą tego teledysku). Ten obraz pokazuje obie strony, a nie jedną, bo o tym jest właśnie piosenka – o energii społeczeństwa. Myślę, że moi fani są na tyle kumaci i dojrzali, że nie będą się o to oburzać. Jestem o to spokojny. Poza tym każdy kumaty fan wie, że jego ulubiony artysta śpiewa nie tylko dla niego, ale też dla siebie.

,,Nigdy nie zaakceptowałbym cenzury. Dopóki mam wolność słowa, to nie mam problemu z tym, kto i gdzie mnie zaprasza. Nie można mierzyć wszystkiego jedną miarą. To tak jakby powiedzieć, że wszyscy księża są źli, bo molestują młodych chłopców. Nie każdy ksiądz to zło, nie każdy prawicowy polityk to zło. Nie można uogólniać tego wszystkiego. Największy grzech to mierzyć wszystkich jedną miarą”.

Dlaczego akurat Ralph Kaminski śpiewa z tobą ten utwór?

Czułem, że refren ”Tajfunów” wymaga innego głosu; bardziej pewnego, czystszego, mocniejszego. Długo walczyłem z nim sam, ale efekty były niezadowalające. Równolegle z tworzeniem tego kawałka dużo słuchałem Ralpha. Według mnie to jeden z najpiękniejszych debiutów poprzedniego roku. Niesamowicie cieszę się, że odnosi ze swoim album ”m o r z e” takie sukcesy. Wydaje mi się, że niebawem będzie w Polsce kimś bardzo znanym. Cieszę się, że ludzie wciąż zauważają muzykę, która jest niesamowicie autentyczna i szczera. A co najważniejsze jest to muzyka całkowicie organiczna – tam nie ma krzty elektroniki. Żywe fortepiany, smyczki i piękne harmonie – szczerze mnie cieszy, że wraca popyt na taką muzykę. Walcząc z ”Tajfunami” w pewnym momencie mnie olśniło i usłyszałem w tym refrenie Ralpha. Poczułem, że tego właśnie szukam. Poznałem go na jego koncercie w Krakowie. Niedługo po tym spotkaniu zadzwoniłem do niego z propozycją stworzenia tego wykonania. Nagraliśmy to w czasie trwania Spring Break’u w Poznaniu. Bardzo się cieszę z tej współpracy!

W styczniu pojawił się twój utwór zatytułowany ”Cham”. Na początku, kiedy usłyszałam ten kawałek, to od razu w mojej głowie pojawiła się piosenka ”Już taki jestem zimny drań”…

Nie jestem ”Zimnym Draniem”. Mój ”Cham” to nie jest piosenka, którą należy brać dosłownie, choć przemycam w niej dużo siebie… Ale to jest piosenka o tym, że każdy z nas ma kilka twarzy, czy tego chcemy czy nie. Inni jesteśmy, kiedy przebywamy sami, a zupełnie inaczej zachowujemy się w towarzystwie. Każdy z nas stara się być dobrym człowiekiem, ale nie zawsze nam to wychodzi, a czasami w tym wszystkim po prostu się zapominamy. Ja na przykład nie uważam, że człowiek jest z natury dobry. Uważam, że bardzo głęboko w każdym z nas drzemie egoistyczne i za wszelką cenę walczące o swoje przetrwanie zwierzę.

”Jesteśmy czymś, co jest złe” – jakiś czas temu ten temat nawet poruszałam z Pawłem Swiernalisem.

Też tak uważam. Popatrz, ile uwagi i starań przykładamy do tego, by prezentować się z jak najlepszej strony. To podejrzane…

No tak… Ale czy nie uważasz, że kiedy człowiek pokaże taką twarz ”Chama”, to czy on czasami czegoś nie straci?

Nie śpiewam tam o mordowaniu ludzi, tylko o bardziej przyziemnych wadach, więc nie boje się o to. Niemniej jednak tak selekcjonuje się prawdziwych przyjaciół. To swoista główna konkluzja tej piosenki: „wyrozumiałość – taka prosta rzecz. A jednak wytyczna, by istnieć wokół mnie.” Na mojej trzeciej płycie będę dużo śpiewał o akceptacji innych ludzi i relacjach międzyludzkich. Jestem na tym etapie, gdzie traktuję ludzi ze wzajemnością, a nie z życzliwością.

Skąd u ciebie taka postawa?

W przeciągu ostatnich paru lat, jak nigdy sparzyłem się na kilku osobach i niekoniecznie mam tu na myśli relacji miłosnych. Dużo się nauczyłem o ludziach i o tym, jak należy ich traktować. Zawsze myślałem, że dobre serce i szczerość popłaca, a okazuje się, że niekoniecznie tak właśnie jest…

Ta zmiana postawy do ludzi, to chyba też dowód na to, że wiek cię zmienia.

Do takich rzeczy się w pewnym momencie dorasta. Dużo się uczę o życiu, nie jestem już Piotrusiem, tylko Piotrem (śmiech). W moim ”Chamie” też chodzi o to, że w życiu każdego z nas są te potknięcia, które powodują, że coś nam w życiu nie wyjdzie.

No właśnie, a dwa lata temu zapytałam cię o to, czy myślisz, że zła sytuacja w życiu muzyka powoduje to, że on pisze dobre teksty…

Odpowiedziałem, że tak.

Kawałek ”Cham” powstał właśnie w takim momencie w twoim życiu?

Nie, ten kawałek powstał z zupełnie innego powodu. Kiedy wydałem pierwszą płytę bardzo dużo moich znajomych (którzy nie wiedzieli, czym tak naprawdę się zajmuję) skomentowali to w stylu: ”Nie wierzę, że ten sam koleś z którym piłem wódę do czwartej rano i opowiadałem obrzydliwe żarty, wydaje teraz smutną płytę i śpiewa z takimi emocjami”. Tym kawałkiem chcę właśnie podkreślić, że emocje towarzyszące artyście na scenie, nie muszą być z nim obecne w pozostałych segmentach jego życia. Wrażliwość i wulgarność, emocjonalność i rubaszność, elokwencja i bezpruderyjność, to wszystko może iść razem w parze; zawierać się w jednej osobie. Dla mnie to normalne, ale niektórzy tego nie pojmują. „Cham” jest swoistym opisem tego zjawiska.

fragm. fot. Paulina Wyszyńska

Teksty na twojej nowej płycie będą się bardzo różniły w swojej tematyce od tego, co do tej pory zaprezentowałeś na ”Something of an End” i ”…niczym jak liśćmi”?

Tak. Porzucam kompletnie branie na songwriterski warsztat historyjek o zwierzętach i kosmonautach i innych wielorybach. Skupiam się teraz na sobie. Wprawdzie na poprzednich płytach znajdowały się piosenki o mnie, jednak trzecia płyta będzie w stu procentach skupiona na tym, co czuję, co przeżyłem oraz na moich relacjach ze światem. To brzmi banalnie w ustach „artysty”. Wcześniej naprawdę nie umiałem lub bałem się swobodnie śpiewać o tym, co szczerze czuję i myślę. Zasłaniałem się angielskim lub alternatywnymi tematami piosenek. To nie było głupie, ale pora zacząć szukać inspiracji w życiu, nie w internecie. Czuję potrzebę nagrania takiej płyty. Nawet myślałem, czy nie nazwać jej po prostu: „Piotr Madej” albo samo „Piotrek”. Płyta wyjdzie w przyszłym roku, czyli na moje trzydzieste urodziny. To będzie dobry moment na takie refleksje. Dodatkowo cała płyta będzie po polsku – pożegnałem się już na zawsze z pisaniem po angielsku.

Wszystkie teksty, które znajdą się na tej płycie będą twojego autorstwa?

Ja piszę wszystkie teksty i robię całą muzykę – to się absolutnie nigdy nie zmieni. Nie toleruję sytuacji, kiedy artysta wydaje płytę pod swoim imieniem i nazwiskiem, a drobnym druczkiem napisane jest, że muzykę i tekst stworzył zupełnie ktoś inny. Później ten ”wielki artysta” odbiera nagrody, a wszyscy mówią o „jego” piosenkach… Podczas, gdy on to tylko zaśpiewał nieswoje teksty do cudzej muzyki. Przecież to są fundamentalne nośniki emocji, a emocje to wszystko, o co w tej zabawie chodzi. Zawsze się zastanawiałem, jak taka osoba może nie czuć wstydu?! Nigdy nie pomyślę o takich osobach jak o artystach. Muszę jednak podkreślić, że mówię tu przede wszystkim o solistach, figurujących pod własnym nazwiskiem. Nie twierdzę, że każdy musi od razu wydawać majątek na własne studio, pełne instrumentów i wszystko robić samemu, łącznie z nagraniem. Bez przesady. Chodzi mi o to, by dać z siebie wszystko, żeby to było TWOJE. Żeby to była TWOJA piosenka, nawet jeśli jest niedoskonała. Potem przyjdzie zespół czy producent i zrobią z tego pełnoprawny utwór. Ale kręgosłup – czyli podstawowe akordy, melodia i tekst powinny być od ciebie. Szczególnie, jeśli chcesz to podpisywać swoim nazwiskiem. Trzeba być fair z sobą i ze światem.

,,Wcześniej naprawdę nie umiałem lub bałem się swobodnie śpiewać o tym, co szczerze czuję i myślę. Zasłaniałem się angielskim lub alternatywnymi tematami piosenek. To nie było głupie, ale pora zacząć szukać inspiracji w życiu, nie w internecie”.

Dalej masz taką ”lampkę”, która zapala się i chroni przed zbyt dużym obnażeniem samego siebie w tych tekstach?

Tak, choć mam wrażenie, że granica, kiedy ta lampka się zapala mocno się przesunęła. Nie jestem pewien, czy to na moją korzyść… Z drugiej strony muzyka zawsze miała dla mnie dużą rolę autoterapeutyczną. Może to trochę trywialne, co teraz powiem, ale dzięki muzyce radzę sobie z problemami, z którymi nie potrafię sobie w inny sposób poradzić. Często muzyką wypowiadam słowa, których nie umiem powiedzieć wprost. Myślę, że to będzie mocno odczuwalne na trzeciej płycie. Tam, ta lampka wiele razy się zaświeciła i dalej się świeci (bo nad płytą cały czas pracuję) ale mimo tego idę dalej.

Mówisz o pomaganiu sobie, a ty miałeś też okazję pomóc podopiecznym ze stowarzyszenia SIEMACHA w rozwijaniu ich muzycznych pasji. Jak to wspominasz, podobała ci się ta rola nauczyciela?

To było fantastyczne doświadczenie, choć zarazem też bardzo stresujące. Po raz pierwszy w jakimś sensie byłem ”panem nauczycielem”! Pod moim okiem, nieduża grupa nastolatków w ciągu dwóch tygodni tworzyła muzykę do sztuki teatralnej. Wiekowo mieścili się między dziewięć a osiemnaście – bałem się czy ich ogarnę, a co dopiero, że coś razem stworzymy… Finalnie okazało się, że moje wszelkie obawy były bezpodstawne.

To dla tych najmłodszych byłeś pewnie takim mentorem.

Być może… Na początku wszyscy do mnie mówili na per ”Pan”. Najlepsze było to, że do tej mojej grupy muzycznej przyszły osoby, które traktowały to bardzo poważnie.

Byłeś surowym nauczycielem? Mówiłeś: ”Proszę tam o ciszę!” ?

Nie byłem surowy, bo nie było takiej potrzeby. Przebywanie tam nie było dla nich przymusem, to było dobrowolne. Byłem uprzedzany, żeby jednak pamiętać, że to są dzieciaki po różnych przejściach (co może odbijać się na tym, jak się zachowują). Ja nie czułem tego w ogóle, nawet w najmniejszym stopniu. Trafiłem na fantastyczną grupę młodych i zdolnych ludzi. Poza tym zawsze czułem, że byłbym dobrym nauczycielem i to doświadczenie mnie w tym utwierdziło – chemia pojawiła się między nami bardzo szybko. Po wszystkim w mojej grupie zrobiłem anonimową ankietę – nie dostałem grama złego słowa. Ktoś (dla kogo ta edycja ”Lata W Teatrze” nie była pierwszą) napisał, że byłem jego najlepszym ”Panem od muzyki”. To mnie szczerze wzruszyło. Nawet organizatorzy podkreślili to, że dawno nie było tak dobrej muzyki w tym spektaklu. A to nie była moja muzyka, ja tylko poprowadziłem te dzieci do tego, co one same stworzyły. Ja byłem ich ”dobrym duszkiem”.

,,[…] muzyka zawsze miała dla mnie dużą rolę autoterapeutyczną. Może to trochę trywialne, co teraz powiem, ale dzięki muzyce radzę sobie z problemami, z którymi nie potrafię sobie w inny sposób poradzić. Często muzyką wypowiadam słowa, których nie umiem powiedzieć wprost”.

W zeszłym roku zdarzyło ci się koncertować z Andrzejem Smolikiem i Kevem Foxem. Czegoś się od nich nauczyłeś? Czy to wyłącznie taka współpraca ze względu na to, że jesteście w jednej wytwórni?

No nie ma się co oszukiwać, że jeździliśmy z nimi, bo jesteśmy w Kayaxie. Ale oni też musieli się na to zgodzić, więc chyba się lubimy (śmiech). To są fantastyczni goście! O Andrzeju Smoliku każdy w branży wie, że jest naprawdę wyluzowanym gościem. Trzeba mieć wielki talent, żeby go zdenerwować. Bardzo lubię w nim to, że mając taki status, będąc żywą legendą i mając wciąż tyle pracy, ona ma tak ”słodko wyjebane”. Ups, chyba nie powinienem takich słów używać w wywiadzie…

Dlaczego?!

Cały Piotr – Cham! Ale Andrzej Smolik jest po prostu dobry w tym, co robi. Chciałbym być taki w przyszłości i mieć ten życiowy luz.

Może i ”Cham”, ale chyba wierzy w happy endy… Muszę to powiedzieć, bo to zakończenie w twoim nowym teledysku jest dla mnie zbyt bajkowe… Ty naprawdę wierzysz jeszcze w to, że prawa i lewa strona mogłaby się tak po prostu spotkać i zapalić wspólnie papierosa?!

W naszym zamyśle ci bohaterowie spotykają się przypadkiem, z boku, mają fajrant od swoich deklaracyjnych pochodów. Nie wiedzą o swoim pochodzeniu ani „stronie”. Rozmawiają ze sobą, bo obdarci z idei są jednakowi, o czym co raz częściej zapominamy.

Rozmawiała: Małgorzata Sawa

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress