[WYWIAD + RECENZJA] So Slow – Muzyka nas oczyszcza

Uczucie zaszczucia, niepokoju i jednocześnie mroczna historia opowiedziana w trzech aktach. Skrojona tak, by każdy wyniósł z niej coś własnego. I bardziej dzieło wymykające się łatwemu sklasyfikowaniu, niż klasyczny twór – takie jest wydawnictwo zespołu So Slow. Poniżej krótka recenzja oraz wywiad z przedstawicielami grupy.

Od pierwszego taktu wpadamy w gęsty świat przedstawiony przez artystów. I choć podmiot liryczny (którym jest notabene… budynek) powtarza jak mantrę słowa „Jest Jestem, Jest Bezpiecznie”, to – przynajmniej teoretycznie – trudno jest się słuchaczowi przytaknąć, że właśnie takie ma się odczucie przy słuchaniu płyty. Z drugiej strony, jako wielbiciel mrocznej muzyki muszę przyznać, że demoniczne i niepokojące dźwięki, które mogą odrzucać innych, mnie koją i wzbudzają poczucie przynależności (chociażby do nurtu artystycznego). A tu – gdy basista potrafi wrzucić zagrywkę cytującą dawne Ministry, a instrument syntezatorowy przejmuje kompozycję poprzez wprowadzenie niepoukładanej, kilkuminutowej i spontanicznej solówki – to autentycznie czuję się jak u siebie. Zdecydowanie trzeba pochwalić zespół za stworzenie bardzo interesującej warstwy brzmieniowej, która (pomimo przebijających się gdzieś skojarzeń) brzmi nowatorsko.

Co interesujące, wydawnictwo posiada tylko trzy utwory. Ale na tyle długie, że całość trwa tyle, co niejeden longplay z 12 kawałkami. Nie rozpatrywałbym jednak tych trzech tracków w kategoriach pojedynczych piosenek. To raczej trzy akty tej samej historii, jak trzy osobne obrazy podczas sztuki teatralnej. Albo kolejne fazy wpadania w otchłań depresji. Rzadko zdarza się tak, by płyta oddawała w tak dobry klimat pewnej opowieści muzycznej, którą można przeważnie usłyszeć na koncertach, nie zaś w domowym zaciszu.

Drugi utwór, a dokładniej „Tranz II” o podtytule „Turboluminescencja” pulsuje i uwodzi jak klimatem jak z najlepszego awangardowego horroru. Na wielkie uznanie zasługuje sposób produkcji albumu, który stoi gdzieś pomiędzy dawnymi osiągnięciami brytyjskich studiów, które dały nam „Unknown Pleasures” od Joy Division a nowoczesnym brzmieniem stawiającym na dużą głośność i umiejętną kompresję. Jednocześnie całość brzmi jak nagrana w najciemniejszym garażu ze znakomitą akustyką gdzieś 300 metrów pod ziemią. Dzięki temu dźwięk przytłacza i budzi duże wrażenie.

Po ponad 20 minutach dochodzimy do trzeciego transu i tym razem mamy do czynienia już z bardzo alternatywnymi dźwiękami, mi osobiście kojarzącymi się gdzieś ze spontanicznymi zagrywkami, które potrafił robić jedynie legendarny Coil (słychać to zwłaszcza w drugiej połowie utworu, gdzie pojawiają się krzyki, vocoder oraz instrumenty dęte). Ten 16-minutowy miszmasz to prawdziwy majstersztyk i wyraz dojrzałości muzycznej artystów.

Całość oceniam bardzo pozytywnie. Trzeba mieć jednak oczywiście świadomość, że to album wyłącznie dla nielicznych. Takich, którzy w muzyce słuchają tylko całych płyt i doszukują się złożonych interpretacji. Takiej, która oczyszcza i zostawia przeoraną głowę.

8/10
Kuba Styczyński

Poniżej nasz wywiad z zespołem:

FINE TUNE: Pod kątem warstwy tekstowej, w Waszych piosenkach słyszymy przede wszystkim powtarzane w kółko mantry. Wzmacniają one uczucie paranoi i niebezpieczeństwa. Kim jest podmiot liryczny na Waszej płycie? Czy jest takowy? A może próbujecie swoją muzyką oddać jakieś konkretne odczucia?

Michał Głowacki: Wieloznaczność warstwy lirycznej materiału z „3T” jest, mam nadzieję polem do indywidualnej interpretacji. Głównym moim celem było stworzenie specyficznego klimatu. Takiego niedopowiedzenia, przeczucia, zagrożenia… Pojawiająca się mantrowość i przenikające się struktury to środek stylistyczny wynikający z tego kim jest ten podmiot liryczny, o który pytasz. Otóż ja założyłem sobie, że teksty są pisane z punktu widzenia… budynku. Miejsca, które ma swój porządek i harmonię powtarzalności. Miejsca, które nasiąka ludzką energią za dnia i rezonuje tym w nocy. Interesuje mnie to co dzieje się na styku żywej tkanki i materii nieożywionej.

Teksty są pisane z punktu widzenia… budynku. Miejsca, które nasiąka ludzką energią za dnia i rezonuje tym w nocy. Interesuje mnie to co dzieje się na styku żywej tkanki i materii nieożywionej.

Czy zgłębianie ciemnych zakamarków ludzkiego umysłu jest dla Was terapeutyczne? Bo jednak igranie z własnymi demonami ma różne, często negatywne skutki.

Arek Lerch: Zgłębianie rożnych zakamarków, tak umysłu jak i życia jest chyba najważniejszą rzeczą, która dzieje się w życiu każdego z nas. Problem w tym, że wielu ludzi nie może się tym podzielić, wypchnąć na zewnątrz, oczyścić się a tym samym dławi się gdzieś tam, we własnym mózgu. My możemy robić to to za pomocą muzyki. Wprowadzamy się w trans, odjeżdżamy i dzielimy się naszymi znaleziskami z innymi. A jak to zostanie zinterpretowane, to już inna kwestia. Dlatego faktycznie, muzyka ma znaczenie oczyszczające. Nie terapeutyczne, bo to słowo zakłada, że na początku jest jakaś choroba. Nam wystarczy oczyszczenie przez dźwięk i hipnotyczny puls. To autentycznie działa.

Muzyka ma znaczenie oczyszczające. Nie terapeutyczne, bo to słowo zakłada, że na początku jest jakaś choroba. Nam wystarczy oczyszczenie przez dźwięk i hipnotyczny puls. To autentycznie działa.

Wasze wydawnictwo przyjęło bardzo interesującą formę. Składają się na nie tylko trzy utwory, jednak na tyle długie, że łącznie dają blisko 40 minut muzyki. Ktoś może zastanawiać się czy to jeszcze epka, czy już pełnoprawny longplay. Czy ta płyta to zamknięte dzieło? A może gdybyście mieli więcej czasu, wydłużylibyście je o więcej piosenek?

A.L.: Płyta trwa tyle ile ma trwać. W momencie powstawania nie zakładaliśmy finału. Każdy utwór to osobna sesja, osobny trans i historia. Ważne jest to, że każdy z kawałków może egzystować jako oddzielna fabuła. Razem – z naszego punktu widzenia – tworzą pewną skończoną opowieść. Nie, gdybyśmy mieli więcej czasu na pewno nie powstałaby większa ilość muzyki. Dla niektórych i to co zrobiliśmy jest zbyt ciężkostrawne i za długie, po 20 minutach z obrzydzeniem wyłączają płytę a my im mówimy: do widzenia. Inni słuchają całości po raz kolejny, zatapiają się w tej dźwiękowej lawie a my im mówimy: witajcie w naszej bajce. A czy jest to ep-ka, czy LP… Cóż., niech to pozostanie naszą tajemnicą…

Jakie macie plany na najbliższą przyszłość?

A.L.: Od sierpnia zaczynamy szykować się do wrześniowo-październikowych sztuk. A zatem czeka nasz gdański Soundrive Festival, koncert w Warszawie (07.09), występ w Opolu, a następnie dziesięć koncertów w październiku. W październiku nagrywamy też EP z dwoma numerami.

Rozmawiał: Kuba Styczyński

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress