[WYWIAD] SWIERNALIS –
Jestem czymś, co jest złe

W porachunkach z przeszłością pomaga mu muzyka. Dla niego jest też jedyną sensowną rzeczą, którą może zostawić po sobie na tym świecie – Swiernalis.

fot. Kamila Pitucha

FINE TUNE: Spotykamy się po twoim wieczornym koncercie. Jest już po dwudziestej pierwszej – to godzina, w której ty już zmieniasz się w takiego ,,Pana nocy”?

Swiernalis: Zdecydowanie tak. To już jest dobry czas, by przejść na ten nocny tryb i wreszcie poczuć wolność.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że to, co myślimy za dnia różni się kompletnie od wniosków, do jakich jesteśmy w stanie dojść w nocy. Zastanawiam się jak to wygląda u ciebie w kwestii koncertów. Które według ciebie mają lepszy ,,smak” – te za dnia czy właśnie o takiej późnej porze?

S: Miałem okazję występować kilka razy w dzień. Koncerty, na których wtedy grałem były na otwartym terenie i zazwyczaj było bardzo słonecznie. Muszę przyznać, że było trochę dziwne. Wieczory dają jednak to ,,coś”, co należy się muzyce – przynajmniej tej, którą ja tworzę i której słucham.

A pisanie tekstów bardziej nocą czy raczej za dnia?

S: Zdobywanie pomysłów na tekst odbywa się u mnie niezależnie od godziny. Ale samo pisanie tekstu bardziej wieczorami, kiedy mogę znaleźć na to czas. Poza tym, w dzień jestem za bardzo rozproszony, więc po raz kolejny zdecydowanie wygrywa noc.

A jak to jest z pomysłem na tekst – przychodzi łatwo? Czy raczej spotyka cię taka sytuacja jak Kasię Nosowską w utworze ,,Teksański” (w którym Kasia śpiewa o tym, że nie może znaleźć pomysłu na tekst piosenki)?

S: Najczęściej mam tak, że przyklei się do mnie jakiś wyraz i na nim najczęściej buduję piosenkę. Czasami jest to nawet jakieś uczucie. Mam zazwyczaj tak, że dopóki nie skomponuję całej muzyki, nie biorę się za tekst. Ale zdarza się też tak, że nawet w czasie jazdy tramwajem trafiam na jakiś ciekawy pomysł. Nigdy nie zmuszam się za to do pisania. U mnie nie ma u mnie czegoś takiego, że muszę napisać ten tekst.

,,Wieczory dają jednak to ,,coś”, co należy się muzyce – przynajmniej tej, którą ja tworzę i której słucham.”

Czyli nie mówisz sobie: ,,Ale dziś wieczorem muszę już to napisać! Wracam, siadam i piszę”?

S: Kompletnie nie! Czytałem kiedyś, że Artur Rojek tak ma. Podobno niezależnie od nastroju siada i pisze tekst. Ja nie potrafię się do tego zmusić.

Przed wywiadem zapytałam twoją menadżerkę, o co ona zapytałaby ciebie, powiedziała: ,,Zapytaj go, o czym są jego teksty”. I jak odpowiesz na to pytanie?

S: O czym są moje teksty? Myślę, że jest w nich bardziej o tych negatywnych rzeczach z mojego życia. Być może jest to jakaś forma rozliczenia się z przeszłością. Jest w nich dużo smutku, ale też dużo tego ludzkiego pierwiastka (takiego od złej strony). Jak twierdził św. Augustyn jesteśmy czymś, co jest złe – a ja się z tym kompletnie zgadzam. Piszę o tym, o czym wstydzimy się rozmawiać.

Podobno jeden z twoich tekstów doczekał się ciekawych interpretacji ze strony fanów – chodzi mi o kawałek ,,Sierść”.

S: Tak naprawdę to piosenka o alkoholizmie i utracie przyjaciół. Ale zdarza się, że dostaję wiadomości z pytaniem w stylu: ,,Dlaczego ktoś potruł te koty?”. Napisałem ten utwór w Seulu, kiedy czekałem na Paulinę (która robiła akurat zakupy w sklepie z lalkami). Zauważyłem dużo porozstawianych misek z jedzeniem dla kotów, do których one jedynie podchodziły, powąchały i nie jadły – stwierdziłem, że ktoś pewnie w ten sposób chce je otruć. Prywatnie mam uczulenie na koty i z tego powodu ich nie cierpię, a niektórzy w tym utworze doszukali się jakiejś obrony tych zwierząt z mojej strony.

,,Jak twierdził św. Augustyn jesteśmy czymś, co jest złe – a ja się z tym kompletnie zgadzam. Piszę o tym, o czym wstydzimy się rozmawiać”.

Podczas koncertu wspomniałeś o stand-upie, dałbyś radę w takiej formie opowiedzieć o swoich przeżyciach, tak jak to robisz w swoich piosenkach?

S: Myślę, że tak, ale wtedy wyszłoby bardziej śmiesznie. Kiedy nie ma muzyki, to mam ochotę  się śmiać ze wszystkiego. Ale stand-up zamiast koncertu byłby na pewno też dla mnie wielkim wyzwaniem.

W wywiadach nazywasz się nihilistą. Mówisz, że wszystko, co robi człowiek, nie ma większego sensu. Dlaczego osoba o takich poglądach jednak działa na scenie muzycznej i wydaje płytę?

S: Dlatego, że jest to jedyna sensowna rzecz, jaką mogę zostawić po sobie na świecie. Drugą rzeczą, która mnie do tego skłania jest to, że kocham muzykę i pisanie – to w jakiś sposób przynosi ulgę w moim życiu. Rzeczywiście to jest pewna sprzeczność. Ale co innego, jak nie muzyka zostało mi w życiu?!

Masz bardzo oryginalne nazwisko. Spotykasz się z takimi sytuacjami, kiedy ktoś pyta cię np. ,,Swiernalis?! A co znaczy? Dlaczego taka nazwa?”?

S: Oczywiście, a ja w takiej sytuacji opowiadam jakieś totalne głupoty (śmiech). Kiedyś pewna pani po koncercie zapytała mnie właśnie o to, co oznacza ,,Swiernalis”. Wytłumaczyłem jej, że to nazwa procesu, w którym rdzewieje metal – kobieta była po prostu zachwycona moją odpowiedzią. I nawet nie zdążyłem jej powiedzieć, że żartuję.

Na tej płycie według ciebie jest jeszcze klimat Lord & The Liar – projektu, który wcześniej tworzyłeś?

S: Na pewno tak. Nie da się jednym pstryknięciem palców odciąć od tego, co było wcześniej. Myślę, że najlepszym dowodem są na to teksty, w których jest dużo przekłamań. Ale to wszystko dla lepszego kontrastu.

Producent Paweł Cieślak, z którym pracowałeś nie mówił ci, że do tego, co robiłeś wcześniej masz nie wracać?

S: Trochę tak było. Pracowaliśmy na bieżąco, np. nagrywaliśmy gitary, a później wspólnie myśleliśmy nad tym, co możemy tam jeszcze dodać. Cieszę się, że miałem okazję nagrać tę płytę właśnie z Pawłem. W tej współpracy nie miałem nawet chwili zwątpienia, że zrobię coś, czego nie chce i co nie będzie do mnie pasowało.

fot. Kamila Pitucha

Mało brakowało, a mogło być tak, że nasze spotkanie mogłoby odbyć się np. w kościele…

S: Być może byłby plebanem gdzieś tutaj w Lublinie (śmiech).

Mogło być tak, że byłbyś moim spowiednikiem – ciekawe, czy dostałabym rozgrzeszenie (śmiech). Kiedyś chciałeś zostać księdzem, zastanawiasz się czasami, jak wyglądałoby twoje życie w kapłaństwie?

S: Myślę o tym bardzo często i bardzo się cieszę z tego, jak jest teraz. To był świetny przebieg tych wszystkich okoliczności.

Czyli nie żałujesz.

S: Grzechów nie żałuję! (śmiech)

A podczas trasy koncertowej często zdarza ci się ,,grzeszyć”? Nie chciałeś być spowiednikiem, to ja teraz nim będę. Tylko podaj takie, które będę mogła zamieścić w tym wywiadzie (śmiech).

S: O pijaństwie to chyba już nawet nie muszę wspominać, i do tego oczywiście obżarstwo. Zresztą w trasie są prawie wszystkie grzechy – ale to oczywiście to wszystko po to, by życie poza domem miało lepszy kolor.

Uważam, że wiara każdego z nas jest jego prywatną sprawą, ale zastanawiam się, czy ty teraz wierzysz w to, że po śmierci czeka na nas niebo albo jakiś inny lepszy świat?

S: Myślę chyba o tym więcej, niż przeciętny człowiek. Coraz częściej dochodzę do tego wniosku, że nic na nas nie czeka. Umieramy i nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że umarliśmy – i chyba to najbardziej powoduje, że tak bardzo nic mi się nie chce…

Pamiętasz jeszcze jakieś kościelne pieśni?

S: Oczywiście, że tak (śmiech). Niedawno cały wieczór siedzieliśmy z Szymonem przy pianinku i graliśmy takie utwory. Przerabiamy dyskografię Pana Boga. Moja ulubiona pieśń to ,,Rozpięty na ramionach”.

Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, co będziesz robić, kiedy już zakończysz swoją działalność muzyczną? Nie myślałeś nad tym, żeby zostać np. organistą?

S: To mogłaby być całkiem fajna praca. Ale ten zawód kojarzy mi się z pewną przykrą sytuacją. Kiedy chodziłem jeszcze do kościoła, w naszej parafii został zwolniony organista, ponieważ pobił się z księdzem (nawzajem podejrzewali się o romans z pokojówką). Później okazało się, że romans jednak był…

I kto z kim miał ten romans? (śmiech)

S: Pokojówka z księdzem, a organista był w niej zakochany.

Czyli muzyka, walka i nieszczęśliwa miłość – prawie jak w telenoweli. I co, będąc na takim stanowisku bałbyś się o to, że jakiś ksiądz może cię pobić?

S: Myślałem, że powiesz poderwać (śmiech).

Twoja dziewczyna już z pewnością nie dopuściłaby do takiej sytuacji – wtedy to już ona musiałby się bić z księdzem o ciebie (śmiech).

S: To już mógłby być temat na inny wywiad. Wracając do tematu pracy organisty, to muszę przyznać, że uwielbiam organy. Gdyby nie Kościół, to pewnie ten instrument nie miałby takiej sławy. Religie wyrządziły człowiekowi wiele zła, ale pod względem muzyki, sztuki czy architektury Kościół zrobił bardzo wiele. Piosenki religijne, które pamiętam z mojego dzieciństwa są naprawdę piękne. A to, co jest najlepsze (i jednocześnie najgorsze) to tę moją fascynację tymi pieśniami można również usłyszeć w moich utworach.

fot. Marysia Janas

W twoim wizerunku ważną rolę odgrywa kapelusz, z którym rzadko się rozstajesz. To jest dla ciebie jakiś ważny przedmiot?

S: Tak, ponieważ mój dziadek, po którym noszę nazwisko…

Ale ty teraz mnie nie wkręcasz, tak jak panią od „procesu rdzewienia metali”?!

S: Nie, to jest prawdziwa historia. Mój dziadek był Litwinem, miał zakład koło Kowna, w którym robił kapelusze. To, że noszę ten kapelusz jest takim hołdem z mojej strony właśnie dla niego.

Przed koncertem widziałam, jak nosi go Paulina (dziewczyna i menadżerka Pawła Swiernalisa – przyp. red.). I kiedy nosiła ten kapelusz, to do niej należała władza – wszystkim kierowała i musiała sprawdzić, czy wszystko jest gotowe. Ale później na chwilę przed koncertem przejąłeś od niej kapelusz i cała władza w momencie koncertu trafia w twoje ręce, więc może ten wasz kapelusz daje władzę.

S: No tak, być może coś w tym jest. Kapelusz akurat spadł mi na próbie, a Paulina bardzo szanuje przedmioty, dlatego wylądował na jej świętej głowie.

,,Mój dziadek był Litwinem, miał zakład koło Kowna, w którym robił kapelusze. To, że noszę ten kapelusz jest takim hołdem z mojej strony właśnie dla niego”.

Zaważyłam, że Paulina strasznie dba o szczegóły i chce wszystko jak najlepiej dopilnować. Zamieniłbyś się z nią chociaż na jeden dzień? Ona na scenę, a ty jako menadżer – co ty na to?

S: Z pewnością mógłbym się zamienić, ale boję się, że później wylądowałbym w szpitalu – mój brzuch mógłby nie wytrzymać ze śmiechu. Paulina jest bardzo kochana i wszystkim się wspaniale zajmuje, ale nie potrafi śpiewać…

Czy ty po tych słowach czasami nie wylądujesz w szpitalu?

S: Nie, ona jest kompletnie tego świadoma. Jeśli pamiętasz ,,Smerfne Hity”, to przy Paulinie jest to Everest nie do zdobycia.

Na szczęście świetnie sprawdza się w roli menadżerki, za co ją najbardziej doceniasz w tej roli?

S: Za altruizm i za to, że przy tym całym zwariowanym trybie życia, ona potrafi to wszystko tak pięknie ogarnąć w momencie, kiedy ja (jak sama widziałaś) nie potrafię nawet zapamiętać, jak ma na imię akustyk. Paulina jest świetną organizatorką.

Masz na swoim koncie taki koncert, który bardzo zaskoczył cię swoją atmosferą?

S: Świetnym przeżyciem było zagranie na Zandari Festa w Seulu. Byłem tam kolesiem z Europy, który dla nich śpiewa w śmiesznym języku (specjalnie na tę okazję zrobiłem dwa nowe utwory po polsku, by sprawdzić, jaka będzie ich reakcja na nasz język). To było bardzo przyjemne przeżycie, a do tych bardziej śmiesznych z pewnością mogę uznać koncert w Wadowicach. Sytuacja, jaką zastaliśmy w tym klubie totalnie nas załamała. Była jedna kolumna, a nagłaśnianiem zajmował się jakiś ,,pan Staszek”, który nie słyszy – tam totalnie nic się nie zgadzało. Do tego, nie mieliśmy załatwionego noclegu. Zaproponowali nam, że możemy spać w namiocie, za który trzeba było zapłacić pięćdziesiąt złotych za dobę. I to był właśnie moment, kiedy musiałem się napić (śmiech). W końcu wylądowaliśmy u jakiegoś nieznajomego kolesia, który okazał się też być gitarzystą. To wszystko było naprawdę dziwne…

Na szczęście przed tobą na pewno lepiej zorganizowany koncert – w tym roku zagrasz na Spring Break’u. Cieszysz się, że akurat zagrasz w swoim ukochanym Poznaniu?

S: Bardzo mnie to cieszy, grałem na Spring Break’u akurat już dwa razy. Uwielbiam Poznań, to świetne miasto. Poznałem w tym mieście Paulinę i spędziłem tam młodość (która mam nadzieję, że jeszcze tak naprawdę trwa). To właśnie w Poznaniu stwierdziłem, że chce tak naprawdę związać się z muzyką.

Jestem teraz ciekawa, czy w tym czasie udało ci się już przeżyć taką sytuację, kiedy powiedziałeś ,,dla tego momentu warto było wybrać muzykę”?

S: Kiedy grałem w Radiu Koszalin, po koncercie ustawiła się do nas duża kolejka. Podpisaliśmy wtedy mnóstwo plakatów i płyt. I nagle przyszedł pan ochroniarz, który powiedział, że musimy wyjść, ponieważ muszą już zamknąć radio. Bardzo ucieszyło mnie to, że ci ludzie tak długo chcieli z nami zostać i rozmawiać o naszej muzyce. Byłem niesamowicie dumny z tego, że mój koncert wywarł na publiczności tak mocne wrażenie. Lubię ten moment po koncercie, gdy rozmawiam z tymi ludźmi, a oni chcą wiedzieć coś o mnie i mojej twórczości. Najbardziej cieszy mnie to, kiedy widzę, że moja muzyka daje komuś radość.

Rozmawiała:
Małgorzata Sawa

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress