[WYWIAD] Wojciech Wojda (Farben Lehre): Niektórzy wybrali drogę gangsterki, a ja dla odmiany zostałem muzykiem

Buntownik z wyboru i od urodzenia. Zawsze podąża za swoim sercem i rozumem – Wojciech Wojda.

facebook.com/pg/farbenlehreofficial/

FINE TUNE: ”Z natury jestem mocniejszy w gadce niż w piśmie. Ale w szkole było odwrotnie, przy odpowiedzi tak się denerwowałem, że sporo rzeczy zapominałem…” – tak pan opisywał siebie w ramach Akademii Opowieści. Jak liderowi zespołu, który działa od trzydziestu jeden lat, udało się pokonać nieśmiałość przed publicznymi występami?

Wojciech Wojda: Internet ma to do siebie, że czasami potrafi zniekształcić myśl… Nie byłem nieśmiały, ja byłem po prostu nerwowy. Zawsze w szkole stresowałem się przy wypowiedziach, dlatego też wolałem pisać. Mówienie powodowało, że zapominałem tego, czego się nauczyłem. Nigdy nie byłem nieśmiałym chłopcem. Klasówki, sprawdziany i inne formy pisemne – to nie był dla mnie żaden problem. Kłopotem było powiedzenie tego, co umiem na głos. Do tego dochodziła jeszcze obecność klasy, co jeszcze bardziej potęgowało ten stres…

Pewnie koledzy śmiali się, kiedy pan nie mógł nic powiedzieć?
Raczej nie należałem do ludzi, z których ktoś się wyśmiewa. Było wręcz przeciwnie, nigdy nie byłem grzecznym dzieckiem.

Czy jest jakiś ”wybryk” z czasów szkolnych, którego pan dziś żałuje?
W przedszkolu na przykład wylałem kolesiowi zupę mleczną na głowę. Przenieśli mnie za to do starszaków. Z tego powodu poszedłem też wcześniej do szkoły. Nie byłem wzorem dobrego ucznia. Ale czy czegoś żałuję?! Raczej nie! Uważam, że wszystko miało swoje miejsce i swój czas.

Buntownik z wyboru.
Z wyboru i od urodzenia!

Zespół Farben Lehre działa od trzydziestu jeden lat. Jakie spotkanie z fanem najbardziej zapadło panu w pamięci?
Było mnóstwo takich spotkań. O takich momentach zapominają tylko ci, którzy mają gdzieś swoich fanów… Znam takich muzyków, którzy po kilku minutach zapominają, z kim rozmawiali. Farben Lehre to zespół otwarty na wrażliwość innych ludzi. Takie spotkanie z fanami otwierają oczy na zupełnie inną przestrzeń, dzięki temu zupełnie inaczej postrzegamy rzeczywistość. Nasz zespół spotykał fanów, którzy odegrali dużą rolę w historii naszej grupy. Jedną z takich osób był człowiek, który niestety obserwuje nas już z góry… Przemek HIREN Mugeński pochodził z Lublina. Poznaliśmy się podczas lubelskich Juwenaliów w 2005 roku. Był jednym z założycieli forum Farben Lehre. Jeździł z nami na koncerty, a czasami zdarzało mu się nawet wskoczyć na scenę i razem z nami śpiewać. Zginął podczas zlotu fanów naszego zespołu na Mazurach. Chciał się nauczyć pływać. Niestety to było nieodpowiednie miejsce i czas.

,,Nasz zespół spotykał fanów, którzy odegrali dużą rolę w historii naszej grupy. Jedną z takich osób był człowiek, który niestety obserwuje nas już z góry… Przemek HIREN Mugeński pochodził z Lublina. Poznaliśmy się podczas lubelskich Juwenaliów w 2005 roku. Był jednym z założycieli forum Farben Lehre. Jeździł z nami na koncerty, a czasami zdarzało mu się nawet wskoczyć na scenę i razem z nami śpiewać”.

Są muzycy, którzy traktują swoje płyty jak ”dzieci”. Czy pan ma podobne podejście w tej kwestii?
Ja ”dzieckiem” nazwałbym każdą piosenkę. Dla mnie każda płyta to takie małe przedszkole. Dobry rodzic kocha wszystkie dzieci tak samo, a ja staram się być właśnie takim rodzicem. Na pewno mam takie piosenki, które są bliższe sercu, bo przetrwały próbę czasu. Z piosenkami jest tak jak z człowiekiem – jeden wyjdzie na dobrych ludzi, a drugiemu się to niestety nie uda.

Które utwory z całej dyskografii zespołu Farben Lehre są bliższe pana sercu?
Gramy bardzo urozmaicone kawałki, zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej. Z klanu piosenek balladowych będą to utwory: ”Nierealne ogniska” i ”Rozkołysanka”. Z punkowego brzmienia to z całą pewnością będzie kawałek ‚‚Handel”. A jeśli chodzi o klimat reggae, to na pewno wybrałbym ”Anioły i Demony”.

Czy jest taki utwór, który pojawia się na każdym koncercie?

Mieliśmy taki kawałek, między 1990 a 2005 rokiem był to utwór ”Egoiści”. Przestaliśmy go tak często grać, ponieważ stwierdziliśmy, że stracił swoją aktualność. Ale mamy też takie utwory, które zawdzięczają swoją obecność na koncercie publiczności. Trudno sobie wyobrazić koncert Farben Lehre bez kawałków takich jak: ”Spodnie z GS-u”, ‚‚Terrorystan” czy ”Matura”. Kiedyś próbowaliśmy nie zagrać na koncercie piosenki ”Spodnie z GS-u”. Ale nasz plan się nie powiódł, publiczność wymusiła na nas zagranie tego kawałka, kiedy był bis. Każdy zespół jest mądry mądrością swojej publiczności, dlatego, jeśli ludzie chcą usłyszeć dany utwór, to my go im dajemy.

Podczas waszego występu w Jarocinie organizatorzy nie zgodzili się na bis, pomimo tego, że publiczność bardzo tego chciała…

Tak było w 1993 roku, był to jeden z kluczowych momentów w naszej historii. Uważam, że w życiu warto mieć swoje zdanie, iść za głosem serca i rozumu. Organizatorzy nie chcieli nam pozwolić na bis, więc wkurzeni poszliśmy po koncercie do garderoby. Publiczność stanęła wtedy za nami murem, a organizator postanowił „łaskawie” zgodzić się na bis. My z pełną premedytacją zagraliśmy obrazoburczą piosenkę ”Mam w dupie”. W ten sposób pokazaliśmy, jaka jest nasza odpowiedź na arogancję ze strony organizatora. Tak naprawdę jedynym prawdziwym sojusznikiem na naszej muzycznej drodze jest publiczność – cała reszta jest bez znaczenia.

Czy dalej pan uważa, że media mają swoje ulubione zespoły, które są przez nich faworyzowane?
Z mediami jest trochę tak, jak z obecnie rządzącymi, którzy mają kompleksy na punkcie własnej przeszłości. Męczy ich to, że nic nie osiągnęli, a teraz, kiedy dorwali się do władzy, pokazują na każdym kroku swoją moc sprawczą. W mediach pojawia się za dużo zakompleksionych miernot. Tacy ludzie idą do radia, telewizji czy gazety, żeby się lansować i zarazem dowartościować. Mam wrażenie, że niektórzy prowadzący audycje w radiu uważają, że są ważniejsi od artystów. Tak nigdy nie było i nie będzie… Zapomnieli o tym, że są jedynie przekaźnikiem między artystą a publicznością. Na szczęście w gronie dziennikarzy są też wartościowi ludzie, którzy podchodzą do swojego zawodu z szacunkiem i profesjonalizmem. Piotr Kaczkowski, Artur Orzech czy Marek Wiernik – oni między innymi należą do grona dziennikarzy, którzy trzymają poziom. Niestety ta grupa to zdecydowana mniejszość…

,, Mam wrażenie, że niektórzy prowadzący audycje w radiu uważają, że są ważniejsi od artystów. Tak nigdy nie było i nie będzie… Zapomnieli o tym, że są jedynie przekaźnikiem między artystą a publicznością. Na szczęście w gronie dziennikarzy są też wartościowi ludzie, którzy podchodzą do swojego zawodu z szacunkiem i profesjonalizmem”.

Poruszył pan temat polityki. Czy pan chodzi na wybory?
Chodzę, bo uważam, że jeśli człowiek żyje w danym kraju, to powinien mieć też wpływ na to, co dzieje się w jego państwie. Prawo wyborcze daje nam szansę na to, żeby decydować, w jakim kraju będziemy żyć. Jak chodzę na wybory, to mam też później moralny mandat, by protestować, jeśli pewne decyzje władzy są dla mnie absurdem. Myślę, że osoby, które nie chodzą na wybory, nie powinny mieć prawa do dyskusji na temat tego, co dzieje się w Polsce.

Uważa pan, że nasz kraj może niedługo wyjść z Unii Europejskiej?
Wyobrażam sobie różne rzeczy, żyłem już w Polsce bez Unii Europejskiej. Ale z tego, co obserwuję, to miłościwie nam panujący robią wszystko, by znowu tak było. Cofniemy się wtedy do średniowiecza. Zaścianek i podziurawione ulice – nie wiem, czy o to walczyliśmy, i czy tak chcemy żyć. Podróże w czasie są fajne, ale tylko na chwilę, bo życie w nich nie zawsze bywa dobrą zmianą.

Myśli pan, że przyjaźń pomiędzy podziałami istnieje? Czy to raczej fikcja?
Przyjaźń ponad podziałami istnieje, ale na przykład z faszystami już raczej trudno się przyjaźnić…

To już chyba mówimy o pewnych skrajnościach.
Przyjaźń polega na tym, że światopoglądy nie są diametralnie od siebie różne. Antyfaszysta z faszystą raczej nigdy się nie zaprzyjaźnią. Można się różnić w szczegółach, jednak moim przyjacielem nigdy nie będzie człowiek, który nie ma kompletnie szacunku do innych.

Zdarzyła się panu kiedyś taka ”trudna przyjaźń”?
Przyjaźniłem się sporadycznie z ludźmi, którzy później zostali gangsterami. Ale w momencie naszych bliskich relacji towarzyskich nie mieli nic wspólnego z mafią. Przyjaźnie z piaskownicy już takie są – nie zawsze trwają wiecznie (śmiech). Niektórzy wybrali drogę gangsterki, a ja dla odmiany zostałem muzykiem. Każdy wybiera swoją drogę, ale to nie znaczy, że mam się odcinać od swojej przeszłości i tego, że ich znałem. Jestem fanem filmów typu ”Ojciec Chrzestny” i wiem, że w tym środowisku są też ludzie, którzy funkcjonują według godziwych zasad. Przyjaźń, lojalność czy elementarny szacunek – te słowa nie są im obce. Kiedyś od przyjaciela z Sycylii usłyszałem, że mafia sycylijska to była jedna z najlepszych rzeczy, jaka mogła im się przytrafić. Mafia broniła ich przed państwem, które próbowało ich okraść. Z kolei, kiedy byłem na wycieczce w Japonii, dowiedziałem się, że swego czasu po tragicznym trzęsieniu ziemi w mieście Kobe, poszkodowanym najbardziej pomogła Yakuza, czyli japońska mafia. Okazuje się zatem, że nic do końca nie jest czarne czy białe.

W czasie tych trzydziestu jeden lat w zespole współpracował pan z wieloma wytwórniami. Co według pana świadczy o tym, że wytwórnia jest dobra i warto z nią współpracować?
Z reguły w tej kwestii to jest tak, jak z bankami, które udzielają kredytów. Kiedy idziesz po ten kredyt, to wszyscy są dla ciebie przemili i bardzo sympatyczni, a później już nie zawsze jest tak kolorowo… Diabeł tkwi w szczegółach. Nie możemy rozpoznać firmy ”na dzień dobry”. Po tylu latach pracy z zespołem Farben Lehre mogę śmiało stwierdzić, że nie ma na to złotego przepisu. Dobrą wytwórnię poznasz po owocach – tylko tyle mogę powiedzieć w tej kwestii.

,,Można się różnić w szczegółach, jednak moim przyjacielem nigdy nie będzie człowiek, który nie ma kompletnie szacunku do innych”.

W jednym z wywiadów podkreślił pan, jak ważną rolę odegrała w pana życiu matka. Czy widzi w swoim zachowaniu jakieś duże podobieństwa do niej?
Chyba raczej nie… Zresztą, ja myślę, że ludzie z pokolenia na pokolenie się zmieniają. Nawet Johan Strauss nie był podobny do ojca, pomimo że jego ojciec też był muzykiem. Syn był wybuchowy, porywczy… A ojciec wprost przeciwnie. To, że się powołuję na moją mamę, nie musi świadczyć o naszym podobieństwie osobowości. Ale zawsze czerpię z jej mądrości – mam od niej największe wsparcie. Młodość mojej mamy przypada na czasy powojenne, ja jestem z pokolenia gierkowskiego, dlatego tych różnic w naszych charakterach jest bardzo dużo. Moja mama trochę potrafi śpiewać, ale nigdy nie była muzykiem. Ostatnio na przykład uczyła się obsługi komórki…

A czego pan ostatnio chciał się nauczyć, ale nauka szła dość opornie?
Dla mnie trudnością są te wszystkie nowinki techniczne. Dla ludzi, którzy są z nimi od kołyski są banalne w obsłudze, dla mnie to już jest jakiś problem. Wychowałem się w latach 70. W moich czasach nie było internetu, komórek i różnorakich gadżetów… Wydaje mi się, że właśnie dlatego moje pokolenie ma trudności z opanowaniem tego wszystkiego. Ale z drugiej strony, młodsze pokolenie często nie radzi sobie w codziennym życiu. Są przyzwyczajeni do tego, że wiele spraw załatwią za nich maszyny. I kiedy taka maszyna się zepsuje, są zagubieni i nie potrafią sobie poradzić samodzielnie z problemem. Widziałem kiedyś program, w którym rodzina chciała przeżyć miesiąc w taki sposób, jak żyło się dawniej. Zostali pozbawieni komórki, internetu i telewizora – to była dla nich tragedia, ledwo wytrzymali do końca. Ja tak żyłem przez lata i dla mnie to nie było nic nadzwyczajnego. Pamiętam czasy, kiedy na rozmowę międzymiastową trzeba było czekać aż pięć godzin. Masowe ułatwianie życia spowodowało, że ludzie momentami stają się bezradni wobec pospolitych problemów.

 

To pan pewnie już nie wierzy, że w naszym świecie istnieje ”miłość bez nienawiści, wojna bez broni’, jak w utworze Farben Lehre?
Faktycznie jest z tym coraz gorzej… Dziewięćdziesiąt procent obecnych wojen to czysty biznes. Tam nie chodzi o to, że ktoś kogoś nienawidzi, tam chodzi o pieniądze. Niestety dziś świat mając do wyboru wojnę albo pokój, częściej wybiera wojnę. Na wojnie zawsze da się zarobić, a na pokoju już niekoniecznie. Zwykły Kowalski nie chce wojny, ale władzą mu wmawia, że wojna będzie lepszym wyjściem. Dziś niestety zamiast przyjaźni priorytetem jest nienawiść. Ale ja zawsze idę swoją drogą i nadal wierzę w ”’miłość bez nienawiści i wojnę bez broni”.

Rozmawiała: Małgorzata Sawa

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress