[RECENZJA] Daniel Bloom
– „Lovely Fear”

Słynny producent prezentuje swój autorski album. Nie zabrakło wyśmienitych gości oraz nawiązań do przeszłości

SŁYNNY PRODUCENT PREZENTUJE SWÓJ AUTORSKI ALBUM. NIE ZABRAKŁO WYŚMIENITYCH GOŚCI ORAZ NAWIĄZAŃ DO PRZESZŁOŚCI.

Daniel Tomasz Borcuch, którego pseudonim w świecie muzycznym to Daniel Bloom, znany jest przede wszystkim z realizacji soundtracków do takich filmów jak chociażby „Tulipany” czy „Wszystko co kocham”. W okresie jesiennym postanowił wydać swój pierwszy producencki album. Artysta jest świadomy tego, jaka muzyka obecnie się sprzedaje. Wyszedł więc naprzeciw oczekiwaniom mainstreamu. Jak wyszło? Dobrze, lecz bez rewolucji.

Największą siłą krążka jest odnoszenie się do nostalgii brzmieniowej. Słuchacz, odpalający krążek, już po pierwszych sekundach trwania utworu „Hungry Ghost” odpływa w klimaty lat 80. Utwór, w którym gościnnie występuje Jon Sutcliffe, znany z brytyjskiej formacji The Sulk, jest najlepszym wprowadzeniem do ogólnego klimatu na krążku – leniwe, dosyć archaiczne (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) dźwięki cieszą ucho.

Bloom zaprosił do współpracy nad płytą „Lovely Fear” kilku znakomitych artystów, także zagranicznych. Możemy więc usłyszeć takie osobistości, jak Gaba Kulka, Mela Koteluk czy Tomek Makowiecki, z którym nagrał dwa utwory. Każdy z nich, pomimo wywodzenia się z różnych muzycznych światów, wnosi coś nowego do twórczości producenta. Wyjątkiem jest utwór „Looking Forward”, w którym zaśpiewał  sam muzyk.  Delikatne mruczenie nadaje subtelności piosence. W połączeniu z silną elektroniką jest to świetna propozycja na wieczorny odsłuch.

W kwestiach producenckich nie można mieć absolutnie żadnych zarzutów. Krótko mówiąc, jest to album zrealizowany perfekcyjnie. Klimat lat 80. oddano wzorowo, a po zmieszaniu go ze współczesną realizacją otrzymaliśmy coś, co nie udaje się wielu osobom – równowagę brzmieniową.

Skupiłem się na zaletach, jednakże chciałbym przedstawić także kwestie, które niekoniecznie mogą przekonać do stawiania albumu wśród najlepszych tego roku. Największą wadą wydawnictwa nie jest jego długość (album trwa blisko 36 minut i składa się z 8 numerów), lecz pewna schematyczność. Każdy, kto zna twórczość Blooma z pewnością wie, do czego jest on zdolny. Osobiście uważałem, że mimo wszystko muzyk postara się wnieść do swojej twórczości pewien element zaskoczenia, tzw. efekt „wow”, dzięki któremu będzie się pamiętać o tej płycie długo. Wszystko jest tutaj na dobrym, momentami bardzo dobrym poziomie – brakuje jednak przełomu.

Nie zmienia to faktu, że jest to to krążek przyjemny w odbiorze. Daniel Bloom wspomniał w wywiadach, że „Lovely Fear” jest jego płytą marzeń. Z pewnością znajdzie grono odbiorców, którzy będą mieli podobne odczucia. W pewnym sensie jest to bardzo ważna płyta – pokazuje, jak w przyszłości mogą wyglądać kolejne krążki tego artysty, przydałby się jednak jakiś element zaskoczenia.

Ocena: 7,5/10
Maciej Maciejuk

O autorze:

FINE TUNE
FINE TUNE
Założycielem FINE TUNE jest Jakub Styczyński, od pięciu lat związany z Dziennikiem Gazetą Prawną. Na swoim koncie ma prestiżową nagrodę Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Śledcze oraz dwie nagrody im. Władysława Grabskiego, ufundowane przez Narodowy Bank Polski. Z portalem współpracuje również Gosia Sawa, pisząca obecnie dla Polsat News oraz fotografka Kamila Pitucha.