źródło: facebook.com/Jacek-Kawalec

[WYWIAD] Jacek Kawalec – Dziś to internet jest jak „Randka w ciemno”

Jako dziecko swoją muzyczną wyobraźnię kształtował podziwiając zza okna klubu Hybrydy Ewę Bem. Dziś sam podczas swoich koncertów przekazuje radość tym, którzy chcą zajrzeć do jego świata muzyki.

źródło: facebook.com/Jacek-Kawalec
fot.Łukasz Stępniewicz

JAKO DZIECKO SWOJĄ MUZYCZNĄ WYOBRAŹNIĘ KSZTAŁTOWAŁ PODZIWIAJĄC ZZA OKNA KLUBU HYBRYDY EWĘ BEM. DZIŚ SAM PODCZAS SWOICH KONCERTÓW PRZEKAZUJE RADOŚĆ TYM, KTÓRZY CHCĄ ZAJRZEĆ DO JEGO ŚWIATA MUZYKI – JACEK KAWALEC

Był początek lat 70., a pan mieszkał przy Pl. Trzech Krzyży w Warszawie. Codziennie zdarzało się panu mijać klub Hybrydy, który miał okna na parterze. Obserwował pan wtedy Ewę Bem na scenie, targając na plecach drewniany tornister.

J.K: Tak. Codziennie mijałem to miejsce w drodze do szkoły. Gapiłem się przez okna na próbę zespołu Bemibek i byłem zachwycony, chociaż nie do końca to wszystko rozumiałem. Oni tworzyli muzykę, której styl w tamtych czasach nie było w Polsce jeszcze znany. Myślę że te chwile kształtowały moją wyobraźnię muzyczną.

Mały Jacek myślał wtedy, że fajnie byłoby też tak w przyszłości śpiewać i występować w klubach?

J.K: Wtedy tak nie myślałem, ale byłem tą muzyką wręcz oczarowany – szczególnie, jak śpiewali ,,Podaruj mi trochę słońca”.

fullsizerender

Ale miał pan jednak swoje pięć minut sławy. Przez kilka lat był pan bowiem prowadzącym szalenie popularnej ,,Randki w ciemno”. Gdyby ten program stratował w dzisiejszych czasach, to czy według pana ten sukces miałby szansę się powtórzyć?

J.K: Myślę, że dziś ,,Randka w ciemno” byłaby anachronizmem.

Dlaczego? Przecież są plotki, że ma wrócić na antenę.

J.K: Tak, słyszałem o tym i nawet dzwonili do mnie w tej sprawie. Powiedziałem im to samo co pani – że program byłby już przeżytkiem. W dzisiejszych czasach to internet jest jedną wielką ,,Randką w ciemno” – więc ten program nie miałby najmniejszego sensu. Największą siłą tego pomysłu telewizyjnego była ogromna prostota i sięgnięcie do jednego z podstawowych pragnień człowieka – pragnienia miłości. 

,,W dzisiejszych czasach to internet jest jedną wielką ,,Randką w ciemno” – więc ten program nie miałby najmniejszego sensu. Największą siłą tego pomysłu telewizyjnego była ogromna prostota i sięgnięcie do jednego z podstawowych pragnień człowieka – pragnienia miłości”. 

Program przyniósł panu ogromną popularność. Zdarzyła się panu jakaś śmieszna historia związana z tą popularnością?

J.K: Rzeczywiście chyba słowo popularność bardziej tu pasuje niż sława. Miałem raz takie zabawne zdarzenie związane z tą popularnością, kiedy wybrałem się do Londynu. Pod Pałacem Buckingham z  autokaru wysypała się spora grupka polskich nastolatek, które natychmiast zaczęły sobie robić ze mną zdjęcia. Chwilę później zatrzymał się autokar pełen japońskich turystów, którzy pomyśleli że trafili na jakąś wielką sławę i też zaczęli się ze mną fotografować. Często zdarza się że ludzie zaczepiają mnie na ulicy i mówią np.: ,,To pan prowadził ,,Od przedszkola do Opola”. Zastanawiam się dlaczego, bo przecież nawet nie jestem podobny do Michała Juszczakiewicza.

I co pan mówi w takiej sytuacji?

J.K: Nie staram się ich wyprowadzać z błędu, bo to że w ogóle biorą mnie za jakąś znaną osobę i tak jest z ich strony dowodem sympatii. 

No tak, a ich takie spotkanie chociaż ucieszy. Podobno kiedyś został pan nawet rozpoznany przez fankę w Pradze na koncercie Pink Floyd. Jak teraz idzie pan na koncert swojej ulubionej kapeli, to udaje się panu pozostać anonimowym?

J.K: Teraz jest trochę inaczej – ludzie już tak często nie kojarzą mnie z ,,Randką w ciemno”. Przestałem prowadzić ten program 18 lat temu, a poza tym trochę się postrzałem i zmieniłem. Teraz głównie pojawiam się w teatrze i serialach – np. więcej osób kojarzy mnie z serialu ,,Ranczo”.

,,Miałem raz takie zabawne zdarzenie związane z tą popularnością, kiedy wybrałem się do Londynu. Pod Pałacem Buckingham z  autokaru wysypała się spora grupka polskich nastolatek, które natychmiast zaczęły sobie robić ze mną zdjęcia. Chwilę później zatrzymał się autokar pełen japońskich turystów, którzy pomyśleli że trafili na jakąś wielką sławę i też zaczęli się ze mną fotografować”.

Na swoim fanpage’u  pisze pan o sobie: ,,Zajmowałem się w życiu różnymi ważniejszymi (niż aktorstwo) rzeczami. Malowałem ludziom mieszkania, byłem szatniarzem, nosiłem cegły, układałem podłogi, pracowałem na farmie w Norwegii i fast-foodzie w Nowym Jorku.” – to, że pracował pan w tych różnych miejscach zmieniło u pana w jakiś sposób postrzeganie życia?

J.K: Na pewno każde takie doświadczenie zmienia człowieka. Poznanie ciężkiej pracy fizycznej i  życiowych opałów na własnej skórze aktorowi się przydaje. Będąc na scenie mogę sobie podłożyć te stany emocjonalne, których zaznałem smakując innego życia. Musiałem pracować na farmie i malować ludziom mieszkania, bo trzeba było jakoś utrzymać rodzinę. Teraz, jak wchodzę do budynku telewizji, to przede wszystkim kłaniam się pani sprzątaczce – dla mnie to osoba ważniejsza niż prezes. Zresztą prezesi często się zmieniają, a zwykły ludzki trud, to coś, co szanuję najbardziej. Tak samo jest w teatrze. Mieliśmy np. w Teatrze Polskim cudowną garderobianą. Pani Maria robiła tam wszystko z tak niesamowitą miłością i wiarą w drugiego człowieka. Gdy w wolnej chwili siadała podczas próby na widowni i widziałem, że jej się podobało, to co próbowaliśmy, to wiedziałem, że przedstawienie będzie udane.

fot.Karol Malec

Przez 10 lat pracował pan też w teatrze  z Ireną Kwiatkowską. Jak pan wspomina tę wielką aktorkę?

J.K: Grałem z panią Irenką w dwóch sztukach – w Teatrze Syrena w ,,W królowej przedmieścia”, a później w Teatrze Polskim w ,,Zielonej Gęsi”. Mogę szczerze powiedzieć, że pani Irena była prawdziwą gwiazdą, która błyszczała na scenie i przed kamerami. W życiu prywatnym zawsze pozostawała skromną „myszką”, która przemykała gdzieś po kątach. I właśnie tym od dzisiejszych ,,gwiazd” się różniła. Dziś to ,,gwiazdy” chcą zostać aktorami, a kiedyś to aktorzy pragnęli zostać gwiazdami.

,,Mogę szczerze powiedzieć, że pani Irena była prawdziwą gwiazdą, która błyszczała na scenie i przed kamerami. W życiu prywatnym zawsze pozostawała skromną „myszką”, która przemykała gdzieś po kątach. I właśnie tym od dzisiejszych ,,gwiazd” się różniła. Dziś to ,,gwiazdy” chcą zostać aktorami, a kiedyś to aktorzy pragnęli zostać gwiazdami”.

A jak to było z tym występem przed więźniami w zakładzie karnym, bo podobno ma pan na swoim koncie taki występ? To przecież dokładnie tak jak Johnny Cash!

J.K: Akurat wtedy grałem monodram napisany przez Jana Jakuba Należytego, który opowiada o historii artysty alkoholika. Bohater tej sztuki z powodu choroby alkoholowej z gwiazdy z pierwszych stron gazet staje się bezdomnym. Cała opowieść jest napisana w taki sposób, że dociera  i do prostego człowieka, i do profesora. Momentami śmieszy do rozpuku, a momentami chwyta za serce. Kiedy grałem to w białostockim zakładzie, to ci tak zwani ,,twardziele” zobaczyli w tym bohaterze siebie – swoje lustrzane odbicie. Tam, gdzie trzeba rechotali się ze śmiechu (bo tekst jest też momentami śmieszny i widz ma tam do czynienia z taką huśtawką nastrojów). Ale w pewnych momentach tekst trafiał do nich aż do tego stopnia, że w ich oczach pojawiły się łzy. Na początku niektórzy z nich byli nastawieni sceptycznie i myśleli, że Kawalec przyjedzie, żeby pieprzyć jakąś antyalkoholową pogadankę. Po spektaklu żegnali się ze mną ,,na niedźwiedzia”. Nawet dostałem od nich prezent.

Jaki?

J.K: W spektaklu jest taki element scenografii – sterta płyt chodnikowych. Bohater mówi w pewnym momencie tego monodramu: ,,Nawet płyta chodnikowa jest wygodna, jak sobie pościelisz alkoholem” i pada nieprzytomny po wypiciu pół litra „z gwinta”. Jeżdżę z tym spektaklem po całej Polsce i trudno byłoby jeszcze wozić ze sobą tę stertę płyt chodnikowych, więc oni własnoręcznie zrobili mi taką atrapę tego rekwizytu.

,,Kiedy grałem to w białostockim zakładzie, to ci tak zwani ,,twardziele” zobaczyli w tym bohaterze siebie – swoje lustrzane odbicie. Tam, gdzie trzeba rechotali się ze śmiechu (bo tekst jest też momentami śmieszny i widz ma tam do czynienia z taką huśtawką nastrojów). Ale w pewnych momentach tekst trafiał do nich aż do tego stopnia, że w ich oczach pojawiły się łzy”.

Teraz koncertuje pan z repertuarem Joe Cockera, a jakiego wielkiego muzyka chciałby pan zagrać w filmie albo sztuce teatralnej?

J.K: Myślę, że mógłby to być Phil Collins. Wcielałem się już w jego postać w programie ,,Twoja twarz brzmi znajomo”. Musiałbym wyłysieć trochę, chociaż to właściwie już u mnie następuje (śmiech). Zresztą Phil Collins to facet, który bardzo odpowiada mi temperamentem. Myślę, że moje warunki głowowe pozwalają mi również na wcielenie się w właśnie tego muzyka. Ale Joe Cockera też z radością mógłbym zagrać w jakiejś produkcji filmowej. Tworząc nasz koncertowy projekt „Joe Cocker – śpiewa Jacek Kawalec” postanowiłem właśnie jak najwierniej zagrać tego artystę. Ale żeby go zagrać trzeba spróbować zaśpiewać, jak on. Czy mi się to udaje? Można sprawdzić na naszym koncercie.

Podczas tych koncertów towarzyszą również panu inni muzycy, na jakiej zasadzie kompletował pan swój zespół?

J.K: To było tak trochę na zadzie kuli śniegowej. Gitarzysta Krzysiek Kurzepa występował ze mną w zeszłym roku na paru imprezach. Opowiedziałem mu o tym pomyśle z repertuarem Cockera, a on się na to nieźle nakręcił. W tym projekcie bierze też udział jego dziewczyna – Dominika Sitarczuk. Nasz perkusista – Krzysiek Potocki miał ze mną robić inny projekt muzyczny, który być może zrealizujemy nieco później.

Czego miał dotyczyć ten projekt?

J.K: Mieliśmy nagrać kilka moich autorskich piosenek, ale wspomniałem  mu o pomyśle z utworami Cockera i Krzysiek też zapalił się do tego projektu. To jest taka muzyka, którą każdy instrumentalista chce grać, bo jest po prostu świetna. Krzysiek Patocki zna się z Arturem Daniewskim (basistą z Bajmu) i w ten sposób powstała podstawa naszego zespołu. Zapytałem Julkę Chmielnik (również z programu ,,Twoja twarz brzmi znajomo” – przyp. red.), czy chce zagrać z nami na klawiszach. Na początku miała dużo obiekcji, bo jest wychowana na muzyce poważnej, ale później okazało się, że ta muzyka też ją porwała. Edytę Strzycką poznałem rok temu – byłem wtedy na charytatywnym koncercie dla dzieci. Edyta to niesamowity człowiek z otwartym sercem i do tego jest bardzo dobrym muzykiem, który ma naprawdę świetny głos. Roberta Chojnackiego znałem od lat i w miarę dostępności on też pojawia się z nami na koncertach. Gramy też czasami z sekcją dętą Blue Cafe. Piotrek Sławiński z tej sekcji pojawił się kiedyś u nas próbie – spodobało mu się i namówił swoich dwóch kolegów do udziału w naszym projekcie. W ten sposób uzyskaliśmy całą sekcję dętą i to brzmi naprawdę fajnie. Potrzebowaliśmy jeszcze kogoś wrażliwego i zdolnego muzycznie do realizacji dźwięku. Znalazł się Piotrek Mrowiec, który świetnie odnalazł się na tym stanowisku. I tak z każdą próbą zaczęliśmy wszyscy czuć, że to jest to, co naprawdę lubimy robić.

Czyli stworzył pan całkiem zgrany zespół, to jak z tym zespołem chce pan zostać odebrany przez widza? Pan chciałby, żeby to zostało odebrano jako hołd dla muzyki Joe Cockera?

J.K: Chcemy, aby to był koncert dla fanów Joe Cockera. Dlatego nic nie udziwniamy, tylko staramy się by wszystko zabrzmiało, jak na jego koncertach. Tego mistrza już niema wśród nas, ale my możemy powspominać jego piękne piosenki z tymi, którzy go lubili i kochali. Oczywiście wiemy, że to namiastka tego, co serwował Joe podczas swoich koncertów. Ale już na naszym pierwszym koncercie uzyskaliśmy taki efekt, że ludzie wstali z krzeseł i zaczęli tańczyć pod sceną. I to już było dla nas naprawdę bardzo miłe.

Rozmawiała: Małgorzata Sawa

O autorze:

Gośka Sawa
Gośka Sawa
Studiuję dziennikarstwo. Można powiedzieć, że z muzyką jestem związana od zawsze, bo urodziłam się ,,Trzynastego'', o którym kiedyś śpiewała Katarzyna Sobczyk. Uwielbiam odwiedzać Kraków. Poza muzyką, interesuję się też polityką i fotografią.